Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce

20.07.2017
czwartek

Luz z Przysuchy poszedł precz

20 lipca 2017, czwartek,

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie, ten nasz sezon ogórkowy. Ledwo się nam w zeszłym tygodniu całkiem interesująco objawił (Kalisz liderem sondażu prezydenckiego w Warszawie, Tusk zakłada partię z Protasiewiczem), tak został zamordowany projektem ustawy o Sądzie Najwyższym.

Nawiasem mówiąc, PiS pobił tą akcją wszelkie zeszłoroczne (własne) rekordy biegunki legislacyjnej.

1 lipca w Przysusze uważnie słuchałem Jarosława Kaczyńskiego i ani słowo nie padło o takim detalu jak likwidacja Sądu Najwyższego w obecnym kształcie, choć prezes znalazł czas dla odbudowy zamków kazimierzowskich.

Ani słowa o projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym nie powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, choć gadał ponad pół godziny. Najwyraźniej i on uznał, że to tak nieistotne, że nie warto zajmować uwagi słuchaczy.

Warto przypomnieć sobie atmosferę tamtego zjazdu w Przysusze i zapowiedzi mu towarzyszące. Zapowiedź złagodzenia tonu, polityki miłości i ciepłej, choć pisowskiej wody w kranie. Prezes przemówił wówczas zbornie, konkretnie i dowcipnie; wyglądał na w pełni wyluzowanego i panującego nad sytuacją. Pewność siebie, spokój, porządek – ta kombinacja zrobiła wrażenie nawet na przeciwnikach PiS.

Minęły trzy tygodnie i wszystko się rozsypało. Pewność siebie Kaczyńskiego zburzył prezydent swoim ultimatum, spokój naruszyły protesty społeczne, porządek został zastąpiony nieopisanym bałaganem. Z Kaczyńskiego, jakim go zapamiętaliśmy z Przysuchy, nic nie zostało. Teraz mamy starszego pana na specjalnych prawach w Sejmie, który wyzywa opozycję od mord zdradzieckich, kanalii i morderców.

Znaleźli się obrońcy prezesa, którzy dowodzą, że był bezprecedensowo atakowany, że przemysł pogardy itp. Śmieszne argumenty; jak wrzeszczeć powinien Tusk, od lat wyzywany od zabójcy prezydenta, zdrajcy, przedstawiany w mundurze SS?

Ale nawet po prawej stronie pojawiło się lekkie zawahanie po wybuchu Kaczyńskiego. Zaczęła kiełkować myśl, że jakaś granica została przekroczona, a przynajmniej – że prezes popełnił błąd, dając się sprowokować.

Objawili się przy tej okazji dwaj posłowie wyłamujący się z partyjnego monolitu. Stryj prezydenta Antoni Duda wstrzymał się w jednym z głosowań, Łukasz Rzepecki, który niedawno wystąpił przeciw ustawie o opłacie drogowej, tym razem ostentacyjnie chwalił ultimatum Andrzeja Dudy, które klub łącznie z prezesem przyjął lodowato.

Za chwilę Sejm przyjmie ustawę o Sądzie Najwyższym, jutro klepnie ją Senat, za parę dni podpis złoży pewnie prezydent. Pozornie nic się nie zmieniło, czołg jak jechał, tak jedzie, ale w środku kilka części się obluzowało.

19.06.2017
poniedziałek

Sytuacje nieporównywalne

19 czerwca 2017, poniedziałek,

W rubryce Mazurka i Zalewskiego w tygodniku „w Sieci” czytam, przepraszam za długi cytat, notkę taką:

„Straszna ta Sadurska, prawda? I straszne, że PiS obsadza stołki swoimi ludźmi? Oj straszne. Ale tu mamy taką ciekawostkę. Na szefa banku Alior szykowany jest niejaki Michał Chyczewski. Jego nominacja prawdopodobnie nikogo nie oburzy, chociaż był wiceministrem skarbu. Ale wiceministrem w rządzie PO, więc on może wchodzić do zarządów. Natomiast Sadurska nie. Prosimy zapamiętać tę prostą i logiczną zasadę”.

Rozumiem, że rubryka jest satyryczna, bywa zresztą naprawdę zabawna, ale ta notka to jednak potknięcie autorów. Potknięcie, bo nie chciałbym zakładać, że zestawili te nominacje z rozmysłem.

Pani Sadurska – dziś w zarządzie PZU – całe życie zajmowała się polityką i wyłącznie z nią jest kojarzona. Nie ma doświadczenia w biznesie. Ukończyła studia podyplomowe w związanej z KUL Lubelskiej Szkole Biznesu, której strona internetowa nie zawiera żadnych informacji o oferowanych studiach ani kadrze, mogę więc domniemywać, że nie jest to wybitna uczelnia.

Michał Chyczewski był przez rok radnym dzielnicowym PO w Warszawie, potem przez półtora roku wiceministrem skarbu (w randze podsekretarza stanu). Poza tym: skończył najlepszą polską uczelnię ekonomiczną (SGH), zrobił MBA na Uniwersytecie St. Gallen oraz, jak przypomina portal wgospodarce.pl, ma za sobą Harvard Business School. Był starszym ekonomistą w BPH, pracował w konsultingu (ostatnio EY), przez rok (2015-16) reprezentował Polskę przy WTO.

To nie są podobne życiorysy, to nie są porównywalne sytuacje. Oburzenia na nominację Chyczewskiego nie ma nie dlatego, że był wiceministrem, lecz dlatego, że był nie tylko wiceministrem. Nawet w rubryce satyrycznej sfera faktów powinna być uszanowana.

5.06.2017
poniedziałek

Być jak Beata Szydło

5 czerwca 2017, poniedziałek,

Istnieje ogromny popyt

na polityków odważnych.

Wielu ludzi na świecie uznało za kogoś takiego Beatę Szydło.

Wielu komentatorów

wyraźnie zazdrościło nam premier Szydło.

Wystąpienie Beaty Szydło

było jak uderzenie w twarz.

Uderzyła w słaby punkt protezy,

jaką jest relokacja uchodźców.

Premier może powiedzieć,

Co myślą przeciętni ludzie.

Obnażyła fałsz i zakłamanie.

Żaden polski polityk nie zyskał takiego podziwu i uznania

przy okazji zyskała też Polska.

(słowa – Stanisław Janecki, „w Sieci”)

22.05.2017
poniedziałek

Co z odpowiedzialnością polityczną po śmierci Igora?

22 maja 2017, poniedziałek,

Rok temu we wrocławskim komisariacie został zamęczony Igor, co zarejestrowała kamera w paralizatorze. „Został zamęczony” to zresztą eufemizm – młody człowiek zmarł torturowany przez policjantów. Strasznie brzmią dziś wyjaśnienia policji, dlaczego w ogóle został zatrzymany: „Mężczyzna ten zachowywał się nerwowo, m.in. rozglądając się na wszystkie strony”.

Przez rok niewiele się w tej sprawie stało. Policjanci-oprawcy pracowali. Śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez tzw. stróżów prawa dwukrotnie przenoszono. Nie przypominam sobie konferencji prasowej Mariusza Błaszczaka, Zbigniewa Ziobry czy odpowiedzialnego za policję wiceministra Jarosława Zielińskiego, na której przedstawialiby wyniki dochodzenia i zapewniali o swej determinacji i woli wyjaśnienia tragedii.

Prokurator, który miał dostęp do kamery z paralizatora jakoś nie chwalił się tą wiedzą. Trudno nie odnieść wrażenia, że zapadła decyzja, że śmierć Igora należy zatuszować.

Dopiero emisja wstrząsających nagrań przez TVN – dziennikarzom należy się wielkie uznanie – sprawiła, że coś się ruszyło. Po dwóch dniach pracę stracili ważni dolnośląscy policjanci, w tym komendant wojewódzki. Pracę zachował o dziwo rzecznik policji, choć to co wygadywał, kwalifikuje go do natychmiastowego zwolnienia. „Pan minister uznał, że zachowanie, które zarejestrowała kamera, wskazuje na to, że ten funkcjonariusz mógł nie zachowywać się w sposób, który ma pozytywny wpływ na wizerunek policji” – powiedział młodszy inspektor Ciarka. I ubolewał, że „niestety takie pojedyncze przypadki wpływają negatywnie na nasz wizerunek”.

Ale ja pytam o odpowiedzialność polityczną. Nie wiem, jakim cudem Jarosław Zieliński pozostaje wiceministrem spraw wewnętrznych odpowiedzialnym za policję. Człowiek od konfetti, czerwonych dywanów, występów wokalnych i delegacji na Podlasie, natomiast jaskrawie niepasujący do zajmowanego stanowiska, powinien się z nim pożegnać w trybie natychmiastowym.

Gdzie jest w tym wszystkim prokuratura? Chciał ją sobie PiS podporządkować, to może by w pakiecie wziął i odpowiedzialność za jej działania (zaniechania)?

Sprawa Igora – gdyby komukolwiek na tym zależało – mogła być szybko wyjaśniona. Są dwa wytłumaczenia, dlaczego przez rok wyjaśniona nie została. Albo miała być zatuszowana, albo państwo to wciąż kamieni kupa. Obie możliwości są dla PiS (Prawa i Sprawiedliwości podobno) kompromitujące i obie rujnują wizerunek tego ugrupowania, walczącego (teoretycznie) o to, żeby państwo było silne i sprawne.

PS. Mija kolejny dzień, nie ma nawet konferencji prasowej pana Zielińskiego, nie mówiąc o jego dymisji. A TVN przypomniał, że niemal przed rokiem wiceminister zapewniał w Sejmie, że resort do sprawy podchodzi bardzo poważnie. Nawet w tym rządzie mało jest ludzi aż tak zasługujących na dymisję jak Jarosław Zieliński, a to już niemałe osiągnięcie.

7.05.2017
niedziela

Ile osób w marszu wolności

7 maja 2017, niedziela,

Jak zwykle przy okazji marszów rodzi się pytanie, ile osób maszerowało. Rok temu największy marsz KOD zgromadził według policji 45 tys. osób, według warszawskiego ratusza – ćwierć miliona. Życie w postaci redakcji gazeta.pl (jej dziennikarze pracowicie policzyli uczestników) boleśnie zweryfikowało te ostatnie rachunki i z ćwierci miliona zostało ok. 60 tys. Na miejscu służb ratusza wywiesiłbym białą flagę i przestałbym liczyć.

Byłem na tamtym marszu i szacowałem liczbę demonstrantów na jakieś 80 tys. Bez wątpienia był to największy marsz od wielu lat, znacznie większy niż wszystkie manifestacje PiS za rządów PO, gdy maszerujący też się zresztą mnożyli jak króliki w zaprzyjaźnionych z PiS mediach.

Tegoroczny „Marsz wolności” był mniejszy niż rok temu. Obserwowałem go z jednego miejsca na rondzie Dmowskiego, przemarsz trwał godzinę – od forpoczty poprzez czoło marszu, rozciągnięty środek aż po idącą w zwartym szyku ariergardę. Uczestnicy szli głównie zachodnią stroną Marszałkowskiej, choć bywało, że zajęte były obie jezdnie.

Gdyby, jak chcą niektórzy, uczestników miało być 100 tys., to przez minutę musiałoby mnie mijać ponad 1500 osób, co jest niemożliwe. Kilka razy liczyłem przez minutę przechodzących i wychodziło mi od 200 do 400 osób (zagęszczenie osób było bardzo nierównomierne). Trasę marszu przeszło więc w tym miejscu między 13 a 26 tys. osób. Da się to pewnie policzyć znacznie dokładniej, ale mówienie o 100 tys. to ogromna przesada.

5.05.2017
piątek

Dziesięć naiwnych pytań po nartach w Zakopanem

5 maja 2017, piątek,

Żadne inne znane mi miejsce na Ziemi nie rodzi tylu pytań, co Zakopane. Tu jest inaczej niż wszędzie, jakby to miasto nie było, jak się zwykło mówić, zimową stolicą Polski, tylko centrum obcej i wrogiej Ziemianom cywilizacji.

  1. Dlaczego nie można kupić trzydniowego skipassu? Jednodniowy można, dwudniowy można, a trzydniowego nie można? Sześciodniowego zresztą też nie.
  2. Dlaczego na koniec drugiego dnia obowiązywania skipassu nie można go przedłużyć? Albo kupić jednodniowego na kolejny dzień?
  3. Dlaczego nikogo – policji, kontroli podatkowej itp. – nie interesują biznesy parkingowe w Kuźnicach? Jednego dnia parkowanie kosztuje 30 zł z dowozem pod kolejkę, następnego dnia pani mówi, że cena wzrosła do 40 zł, za to dowozu już nie ma. Paragonu też nie ma. Niczego nie ma.
  4. Dlaczego skipass – jak w normalnych ośrodkach – nie jest jednocześnie biletem skibusowym?
  5. Dlaczego bilety na kolejkę można kupować albo w trzygodzinnej kolejce albo w dziesięciominutowej kolejce za jakieś 10 zł więcej?
  6. Dlaczego na nabytych w ten sposób skipassach pani pisze flamastrem konkretną godzinę wjazdu, skoro nikt tego potem i tak nie sprawdza?
  7. Dlaczego ratrak ubija jedną dziesiątą stoku?
  8. Dlaczego skipassy nie tanieją znacząco po zamknięciu Goryczkowej, gdy zostaje Gąsienicowa?
  9. Dlaczego nie dość, że restauratorzy uważają, że fajnie jest jeść przy kapeli góralskiej, to jeszcze w dniu jej występu każdy musi dopłacić parę zł do rachunku?
  10. Dlaczego mimo wszystko chce się tam jeszcze wracać?

received_10208867678997178

19.04.2017
środa

Ubekistan sprzątnął Petru i inne odkrycia

19 kwietnia 2017, środa,

„Gazetę Polską” wypełniają teksty ciekawe, ciekawsze i te poza skalą. Perłą w tej ostatniej kategorii jest felieton Jerzego Targalskiego „Kto kogo rozliczy”, będący ozdobą bieżącego numeru tego coraz mniej niestety poczytnego periodyku.

„Na przełomie września i października ub. r., w ogródku kawiarni w Żywcu wysoki weteran MSW zapewniał niższego rangą przedstawiciela resortowej rodziny: >>Za rok to już się skończy<<”. Można z tego wnioskować, iż próba ostatecznego obalenia rządu nastąpi po Świętach” – analizuje Targalski.

Co było wstępem do próby obalenia rządu? Obalenie Nowoczesnej, co wiemy także dzięki Targalskiemu: „Wstępem była decyzja bezpieki o likwidacji Nowoczesnej”. Po likwidacji Nowoczesnej przyszedł czas na „psychologiczne uderzenie sondażami”.

Następnie – trzymacie się jeszcze jakoś moi biedni czytelnicy? – „Ubekistan pogroził ustami profesora Śpiewaka”, że „PiS-owcy zostaną wycięci”, co miało według Ubekistanu przestraszyć i zdemobilizować przeciwnika.

Reszta felietonu Targalskiego nie oferuje nawet tych pozorów logiki, którą dają niekiedy paranoiczne teksty i w które obfituje pierwsza połowa artykułu. Autor zerwał więzy z gramatyką i, uwolniony od brzemienia reguł polszczyzny, pisze tak: „Zaczęło się więc kunktatorstwo, dostosowywanie się i udawanie w złudnej nadziei, że jak się będzie potulnym, zachowa się wokół siebie bezpiekę, a niektórzy zaczęli nawet słać listy z przeprosinami do WSI, to pozostaną na stanowisku, trzeba tylko wyrzucić za burtę groźnych dla Targowicy i Ubekistanu”.

Mamy, coraz bardziej bezradni, do czynienia z ciągiem luźno powiązanych słów, jakby autora poza rozumem opuścili także redaktorzy i dział korekty.

10.04.2017
poniedziałek

Ofiary lepszego i gorszego sortu

10 kwietnia 2017, poniedziałek,

Tradycja piękna sprawa, choć nie każda. PiS pielęgnuje zwyczaj segregacji ofiar katastrofy smoleńskiej i choć historia się powtarza, to niełatwo do niej przywyknąć, zwłaszcza, gdy rzecz dzieje się w Kancelarii Premiera z udziałem najwyższych władz Rzeczypospolitej.

Została tam odsłonięta tablica pamiątkowa poświęcona trzem osobom: Lechowi Kaczyńskiemu, Zbigniewowi Wassermannowi i Przemysławowi Gosiewskiemu.

Jaki był klucz doboru nazwisk? Bliskości z Jarosławem Kaczyńskim? Rozmawiałem przed chwilą z Barbara Nowacką, córką byłej wicepremier Izabeli Jarugi-Nowackiej, która – tak samo jak Gosiewski – zginęła w katastrofie. O uroczystościach w Kancelarii dowiedziała się dziś z telewizji.

Okazuje się, że ofiary też są lepszego i gorszego sortu. Naprawdę PiS wszedł na moralne wyżyny.

 

28.03.2017
wtorek

Waszczykowski, błąd w matriksie

28 marca 2017, wtorek,

Witold Waszczykowski to zdecydowanie najbardziej tajemnicza postać w ekipie Beaty Szydło.

Ktoś mógłby się w tym miejscu oburzyć albo spróbować polemiki. A Jan Szyszko? No więc minister środowiska to oczywiście historia smutna (zwłaszcza dla środowiska), lecz wytłumaczalna. Za dziarskim drwalem stoi wiele lat znajomości z Jarosławem Kaczyńskim i potęga o. Rydzyka.

A Antoni Macierewicz? Minister obrony, owszem, śmieszy, tumani i przestrasza (oraz szkodzi PiS, armii itp.), ale za cynikiem smoleńskim stoi miłość elektoratu. Macierewicz dla znacznej części wyborców PiS jest drugi po Kaczyńskim, jego nagła dymisja byłaby niezrozumiała.

Wśród pozostałych ministrów są lepsi i gorsi, ciekawsi i mniej ciekawi, ale zasadniczo nie rzucają się aż tak w oczy, a jeśli nawet się rzucają – jak Anna Zalewska czy Mariusz Błaszczak – to z przerwami.

Witold Waszczykowski przerasta pod tym względem całą resztę rządu o głowę. Nie było chyba wywiadu, w którym nie powiedziałby czegoś głupiego. Jest jak fabryka gaf pracująca na dwie zmiany, jest jak niezmordowany przodownik pracy bijący rekord w liczbie wpadek. Prominentni politycy obozu władzy nie nadążają ze sprzątaniem po Waszczykowskim, powinien powstać osobny resort odpowiedzialny wyłącznie za rozwiązywanie waszczykowskich kryzysów.

W jego dorobku jest obrażenie uczestników najliczniejszych protestów za rządów PiS, zagwarantowanie Polsce poparcia nieistniejącego państwa, a teraz doszło oskarżenie o sfałszowanie wyboru Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Waszczykowski, owładnięty obsesją przypodobania się Kaczyńskiemu, nie zauważył, że wszyscy w PiS, łącznie z prezesem, wiosłują chwilowo w stronę Europy, by odrobić straty po porażce z Tuskiem.

Co to za tajemnicza siła, która trzyma Waszczykowskiego w MSZ?

Minister w PiS jest singlem. Nie zbudował sobie wyjątkowych relacji z Kaczyńskim. Naraził się PiS-owym radykałom tym, że działa zbyt wolno; skłócił się z PiS-owskimi gołębiami jak jego własny zastępca Konrad Szymański. Nie czuje polityki, jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem i co chwila wpada na skały. Niczego PiS-owi nie załatwił, za to odpowiada za straty sondażowe i wizerunkowe partii. Zresztą nawet posłowie PiS się z niego nabijają. A jednak trwa.

Wygląda trochę jak błąd w matriksie; jego zaistnienia i ciągnącego się aż do dziś niczym guma do żucia istnienia w gmachu MSZ nie tłumaczy nic.

15.03.2017
środa

Znikający kongres

15 marca 2017, środa,

To może nic nie znaczyć, ale jest jakoś interesujące, że zapowiadany od dziewięciu miesięcy kongres PiS mógłby wystąpić w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”.

O partyjnym zjeździe pierwszy wspomniał sam Jarosław Kaczyński. 2 lipca 2016 r. powiedział: „Proponuję, by kolejna, podsumowująca także czas naszych rządów tura kongresu odbyła się po roku władzy, czyli przy końcu roku”.

Rok władzy minął, koniec roku kalendarzowego się zbliżał, kongresu nie było, więc w grudniu szefa PiS zagadnęła „Rzeczpospolita”: „Zapowiadał pan, że pod koniec roku PiS zwoła kongres, który podsumuje pracę rządu i postawi mu zadania na kolejny rok. Rok powoli dobiega końca…”, na co Kaczyński odparł: „Mamy to w planach, ale przesunęliśmy to na luty”.

Na początku roku o kongres spytałem Joachima Brudzińskiego; usłyszałem, że zjazd odbędzie się w marcu, co mnie nieco zmartwiło, gdyż obawiałem się kolizji z moimi planami narciarskimi.

Niesłusznie, jak się okazało, gdyż wszystko wskazuje na to, że i w marcu kongresu nie będzie.

Teraz od pewnego Ważnego Działacza dostałem wiadomość: „Troszkę się przedłuża”.

To widzę, ale może budzić ciekawość, dlaczego „się przedłuża” i jak długo będzie „się przedłużało”. PiS nie ogarnął na czas sali? Krzeseł zabrakło? Agencja eventowa nawaliła? A może to nie nieudolność, może – przecież i tego nie można wykluczyć – w grę wchodzi polityka i Kaczyński szykuje na kongres jakąś bombę? Jak to się czasem mówi – gdy nie wiadomo, co powiedzieć – czas pokaże.

W każdym razie, jak się dowiaduję od Ważnego Działacza, kongres będzie, jak go prezes zwoła.

 

 

 

css.php