Zakochany (w sobie) sędzia Drajewicz

Tak rozkosznie głupiego wywiadu nie czytałem od dawna, więc pomyślałem, że warto tym dziwadłem podzielić się z czytelnikami.

A chodzi o rozmowę Wojciecha Biedronia z portalu wpolityce.pl z Dariuszem Drajewiczem, wiceprzewodniczącym Krajowej Rady Sądownictwa.

Sędzia Drajewicz jest bardzo dobrego zdania o sędzim Drajewiczu. Ten człowiek naprawdę musiał mieć w życiu pod górkę i pod wiatr, mało kto go doceniał, aż przyszedł PiS i docenił.

Na zachwyt sędziego Drajewicza nad sędzią Drajewiczem wskazuje wiele tropów.

Przede wszystkim odnoszenie się do siebie per „mojej osoby”; kiedyś tak mówili królowie, dziś sędziowie w typie Drajewicza: „Wiele razy moi koledzy z sądu okręgowego rekomendowali moją osobę”.

Dopieszczony przez władzę narcyz nieuchronnie popada w grafomaństwo. Zacytuję może tylko jedno zdanie, które pokazuje jak wybitny jest sędzia Drajewicz w oczach sędziego Drajewicza. Jedno, ale za to jakie!

„Tytułem przykładu, pomimo tego, że jestem autorem 77 publikacji naukowych, które ukazały się w czasopismach prawniczych, jestem autorem tez, które cytował Sąd Najwyższy i znani polscy procesualiści, tworzę komentarz do Kodeksu postępowania karnego dla jednego z największych wydawnictw w Polsce i jestem doktorem nauk prawnych, pomimo tego, że nigdy nie uchybiłem terminowi sporządzenia uzasadniania, a znam przypadek sędziego, który pisał uzasadnienie ponad dwa lata w sądzie rejonowym i został powołany do sądu okręgowego, a teraz nawet kandyduje do Sądu Najwyższego, pomimo tego, że orzekałem w wielu skomplikowanych procesach karnych spraw wielotomowych dotyczących przestępstw gospodarczych z tzw. Mordoru, tj. mokotowskiego zagłębia biznesowego, którym do niedawna zajmował się III Wydział Karny sądu mokotowskiego, a którymi teraz – po zmianach – zajmuje się Sąd Okręgowy w Warszawie, pomimo tego, że byłym pierwszym sędzią sądu powszechnego, który w całości prowadził sprawę tajną dotyczącą służb wywiadu na tzw. sali tajnej Sądu Najwyższego, pomimo pozytywnych rekomendacji profesorskich, pomimo tego wszystkiego, co jedynie wyliczyłem przykładowo, nigdy nie doznałem – jak niektórzy mówią – tzw. zaszczytu powołania na wyższe stanowisko sędziowskie”.

169 słów, 1258 znaków, a wszystkie uśmiechają się łagodnie do sędziego mówiącego tak ładnie o sobie samym.

A przecież to dalece nie wszystko. Sędzia Drajewicz mruga do czytelników, że „wylicza to jedynie przykładowo”. W dalszej części wywiadu mimochodem przemyca informację, że zna angielski („przygotowałem w języku angielskim”), co, of course, rzuca na jego wyjątkowość nowe światło.

Wywiad staje się jeszcze śmieszniejszy, gdy wziąć pod uwagę jego kontekst.

Sędzia Drajewicz brzmi prycypialnie, gdy poucza sędziów: „Sędzia nie może angażować się politycznie. To jest złamanie filarów sądownictwa. Nie wyobrażam sobie, że sędzia może spotykać się z politykami, że nawet może rozważać, aby udać się na takie spotkanie”.

Tymczasem sędzia Drajewicz wygłasza ten pogląd w jednoznacznie prorządowym portalu, prezentując zarazem jednoznacznie prorządową postawę w czasach czystki w Sądzie Najwyższym.

A już w ogóle najśmieszniejsze jest to, że sędzia Drajewicz piętnuje w ten sposób w swoim mniemaniu sędziów, którzy spotykali się z politykami PO, a całkiem zapomniał, jak w uściskach polityków PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele tonęła sędzia Julia Przyłębska, gdy na początku roku odbierała tytuł człowieka roku tygodnika „Sieci” i dedykowała go Lechowi Kaczyńskiemu.