Jeszcze o ustawie

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w kościele, to po sześciu latach 90 osób z fotografii wciąż by żyło. Kilka osób miałoby za sobą działalność w konspiracji, kilka ratowałoby Żydów, ktoś przeżyłby obóz, znalazłby się także jakiś volksdeutsch, szmalcownik, kolaborant czy żołnierz Wehrmachtu. Trzy czwarte ludzi ze zdjęcia (może dwie trzecie, a może siedem ósmych, w każdym razie znakomita większość) miałoby za sobą zaś sześć lat biernego poddawania się losowi okropnemu, ale jednak dającemu żyć.

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w synagodze, to po sześciu latach 90 osób z fotografii byłoby martwych. Dobrzy i źli, bogaci i biedni, wykształceni i analfabeci, kolaboranci i bojownicy – bez różnicy; na dłuższą metę żadna cecha i żadne zachowanie nie wpływały na szanse przetrwania.

Bez zrozumienia (i czucia) tej fundamentalnej różnicy nie można w ogóle zaczynać rozmowy o tej idiotycznej, ale groźnej ustawie i wszystkich późniejszych głupstwach, w tym wykraczającym poza skalę pomyśle budowy muzeum „Polokaustu”.

A teraz po kolei.

Ustawa jest idiotyczna, bo zamiast poprawiać wizerunek Polski w świecie – pogarsza go. Nie odpowiada przy tym na żaden istotny problem społeczny, nie mówiąc o jego rozwiązywaniu. Nikt nie uważa, że państwo polskie czy naród polski współorganizowały Holokaust, a jeśli ktoś tak uważa, to żadna groźba więzienia go nie powstrzyma. Trzeba być Świrskim, żeby wierzyć, że ktoś, kto przed ustawą pisał „polskie obozy śmierci”, teraz podrapie się po głowie i napisze „niemieckie obozy śmierci”. Nie mówiąc już o tym, że zazwyczaj taka fraza to efekt skrótu myślowego, a nie wiary, że obozy stworzyli Polacy.

Zastanawia też użyta w ustawie fraza „wbrew faktom”, bo kto te fakty będzie ustalał – IPN? Sejm? Naród w referendum?

Sądzę poza tym, że nie należy ograniczać wolności słowa. Przepisy penalizujące „kłamstwo oświęcimskie” też są niemądre.

Napisałbym pewnie, że ustawa jest martwa – żaden GROM nie będzie wysyłany, by odrywać niedouczonych amerykańskich dziennikarzy od klawiatur i wlec ich na pokazowe procesy w Polsce – ale obawiam się, że przepis może jednak działać i że nie chodzi tu bynajmniej o żadne obozy śmierci, lecz o blokowanie debaty o naszych, polskich nieczystych sumieniach. Czy debata o Jedwabnem z początku tego wieku mogłaby się odbyć za rządów PiS i po wejściu w życie ustawy? Czy, powiedzmy, lokalny dziennikarz z Białegostoku, który natrafiłby na zakurzone akta zapomnianego procesu, przebiłby się z publikacją?

Ustawa jest zatem idiotyczna, ale i groźna, bo służy nie historii, lecz jej wulgaryzacji. „Nikt nie będzie karany za mówienie o polskich sprawcach”, powiada premier, ale przecież zupełnie coś innego widzieliśmy przez ostatnie dni w telewizji publicznej i zupełnie inną wizję historii przedstawiają nam od lat politycy PiS; nie do zapomnienia jest wywiad Moniki Olejnik z panią Anną Zalewską od edukacji, która nieprzytomnie bredziła w sprawie Kielc i Jedwabnego.

Ustawa wytycza koleiny, którymi ma pędzić nasza – państwowa i dominująca medialnie – narracja o polskiej historii. Ma być pięknie i heroicznie, Polacy nadają się na ofiary i bohaterów. I tak to idzie: Polska została napadnięta i zdradzona przez sojuszników, dwa totalitaryzmy, Polacy byli mordowani, wypędzani, pozbawiani majątków, okupacja była straszniejsza niż gdzie indziej, nie daliśmy się złamać, nie było kolaboracji, kraj bez Quislinga, Armia Krajowa, powstanie, Żegota, miliony Polaków pomagały Żydom, Ulmowie, kara śmierci dla szmalcowników, Sendlerowa, Pilecki, Karski, Zachód się wypiął i tak w kółko, ad mortem defaecatam.

Ale to tylko pół prawdy o II wojnie na ziemiach polskich, a pół prawdy to – jak dobrze wiadomo – całe kłamstwo. Historia jest znacznie bardziej skomplikowana niż słodka papka, którą raczą swoich widzów „Wiadomości”.

Dzieje Brygady Świętokrzyskiej należy zgłębiać, ale nie jestem przekonany, że premier państwa polskiego powinien odwiedzać groby żołnierzy oddziału współpracującego z Niemcami i mającym na koncie potyczki nie tylko z Armią Ludową, lecz i Batalionami Chłopskimi.

Polacy mordowali Żydów nie tylko w Jedwabnem. Liczne i przerażające świadectwa z tamtych czasów przytacza zresztą w ostatnich „Sieciach” Piotr Skwieciński. Polski antysemityzm – krzewiony m.in. w periodyku Maksymiliana Kolbego – nie zawsze prowadził do zbrodni, ale nieraz do kibicowania Niemcom (powtarzają się wspomnienia w rodzaju „Ten Hitler to paskudny typ, ale przynajmniej robi porządek z Żydami”); czasem zaś antysemici – nie wyrzekając się zresztą swoich uprzedzeń – ratowali Żydów, jak Zofia Kossak-Szczucka.

Ok. 400 tys. Polaków służyło w AK, ok. 300 tys. – w Wehrmachcie; w większości zostali tam wcieleni przymusowo, ale było też ok. 20 tys. ochotników.

„Miałem dwóch wybitnych dowódców – Rommla w Afryce i Andersa pod Monte Cassino” – wspominał uczestnik badań nad pamięcią II wojny.

Nikt nie zliczy, ilu Polaków ratowało Żydów, a ilu ich mordowało; nie wiadomo nawet, ilu Polaków zginęło za pomoc Żydom. Medali Sprawiedliwych – dwa przypadły mojej prababci i dziadkowi – jest z pewnością za mało. Oceny – płynące z Zachodu lub Izraela – polskiego państwa podziemnego i polskiego narodu bywają niesprawiedliwe, a czasem po prostu przeraźliwie głupie, ale to nie jest jeszcze argument za forsowaniem ustawy.

Polska historia jest fascynująco skomplikowana i nie widzę potrzeby, by ją upraszczać, zwłaszcza karnymi paragrafami w służbie aktualnie rządzących. Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.