Kaczka i narodowcy

Amerykanie mają powiedzenie, że jak coś wygląda jak kaczka, kwacze jak kaczka i chodzi jak kaczka, to pewnie jest kaczką; podobnie jest z narodowcami i rasistowskimi hasłami na ich pochodzie.

Nie ma żadnych „ekscesów” na marszu, nie ma „grup prowokatorów”, nie ma „ludzi, którzy wmieszali się w tłum niezapraszani przez organizatorów”; to jest jego paskudna natura.

Fakty są takie, że marsz organizują Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska, które to ugrupowania nazwami, hasłami i ideologią czerpią z antysemickich, zafascynowanych faszyzmem tradycji przedwojennych.

Fakty są takie, że rzecznik wszechpolaków i członek zarządu stowarzyszenia Marsz Niepodległości już po manifestacji udzielił rasistowskiego wywiadu tygodnikowi „Do Rzeczy”. Mówił, że jest za „separatyzmem rasowym” i że „Murzyn nie może być Polakiem”. Chyba przesadził ze szczerością, bo zaszczytną funkcję stracił. Mnie to wyznanie nie zaskoczyło wcale. Kaczka to kaczka, więc kwacze jak kaczka.

Nie mogę pojąć, że liczni dziennikarze podjęli retorykę PiS i powtarzają przekaz o „marginesie”, który „nie powinien przysłaniać faktu, że świętowały tysiące normalnych Polaków”. Przyzwoici ludzie nie maszerują w takim towarzystwie. Jak się żulowi da biało-czerwoną flagę, to otrzymamy nie godnego szacunku patriotę, lecz żula z biało-czerwoną flagą.

A flirt PiS z narodowcami to jeden z paskudniejszych epizodów tych rządów. Uśmiech, z jakim Mariusz Błaszczak chwalił pochód i zapewniał, że nie widział żadnych rasistowskich transparentów, zostanie w pamięci na długo. Jeszcze kiedyś PiS pożałuje, że wdał się w tę miłostkę.