W rocznicę kapitulacji powstania

Skoro już czcimy klęski, róbmy to porządnie. To 2 października winniśmy w sposób szczególny pamiętać o powstaniu warszawskim, to powinien być dzień przestrogi. Ale dziś, w rocznicę zagłady miasta, nie wyją syreny i pewnie mało kto pamięta, co to za dzień. Jeśli wierzyć Google, to zainteresowanie hasłem „powstanie warszawskie” jest teraz 15 razy mniejsze niż w okolicach 1 sierpnia.

2 października 1944 r. Morze ruin i ok. 150 tys. martwych mieszkańców miasta, cywilów, których dwa miesiące wcześniej nikt nie pytał, czy byli gotowi umrzeć. Kilkanaście tysięcy poległych powstańców, przetrzebiona elita.

Klęska militarna, klęska polityczna. Nie było w mocy AK pokonanie Niemców ani odwrócenie polityki wielkich mocarstw. Kierownictwo powstania – jak mówił Jan Nowak-Jeziorański – było zupełnie oderwane od rzeczywistości.

Im więcej o powstaniu czytam, tym mniej we mnie zrozumienia dla jego pomysłodawców. I tym bardziej zgadzam się z gen. Władysławem Andersem czy Wiesławem Chrzanowskim.

Opór zbrojny ma czasem sens, gdy jest szansa na zwycięstwo (jak w Wielkopolsce 1918 r.), gdy jest nadzieja na pomoc sojuszników (jak we wrześniu 1939 r.), gdy nie ma nadziei żadnej (jak w getcie w 1943 r.). Powstanie 1944 r. nie mieści się w żadnej z tych kategorii.

Im jestem starszy, tym mniej podoba mi się to powstanie. A jeszcze mniej jego bezrefleksyjny kult.