Luz z Przysuchy poszedł precz

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie, ten nasz sezon ogórkowy. Ledwo się nam w zeszłym tygodniu całkiem interesująco objawił (Kalisz liderem sondażu prezydenckiego w Warszawie, Tusk zakłada partię z Protasiewiczem), tak został zamordowany projektem ustawy o Sądzie Najwyższym.

Nawiasem mówiąc, PiS pobił tą akcją wszelkie zeszłoroczne (własne) rekordy biegunki legislacyjnej.

1 lipca w Przysusze uważnie słuchałem Jarosława Kaczyńskiego i ani słowo nie padło o takim detalu jak likwidacja Sądu Najwyższego w obecnym kształcie, choć prezes znalazł czas dla odbudowy zamków kazimierzowskich.

Ani słowa o projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym nie powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, choć gadał ponad pół godziny. Najwyraźniej i on uznał, że to tak nieistotne, że nie warto zajmować uwagi słuchaczy.

Warto przypomnieć sobie atmosferę tamtego zjazdu w Przysusze i zapowiedzi mu towarzyszące. Zapowiedź złagodzenia tonu, polityki miłości i ciepłej, choć pisowskiej wody w kranie. Prezes przemówił wówczas zbornie, konkretnie i dowcipnie; wyglądał na w pełni wyluzowanego i panującego nad sytuacją. Pewność siebie, spokój, porządek – ta kombinacja zrobiła wrażenie nawet na przeciwnikach PiS.

Minęły trzy tygodnie i wszystko się rozsypało. Pewność siebie Kaczyńskiego zburzył prezydent swoim ultimatum, spokój naruszyły protesty społeczne, porządek został zastąpiony nieopisanym bałaganem. Z Kaczyńskiego, jakim go zapamiętaliśmy z Przysuchy, nic nie zostało. Teraz mamy starszego pana na specjalnych prawach w Sejmie, który wyzywa opozycję od mord zdradzieckich, kanalii i morderców.

Znaleźli się obrońcy prezesa, którzy dowodzą, że był bezprecedensowo atakowany, że przemysł pogardy itp. Śmieszne argumenty; jak wrzeszczeć powinien Tusk, od lat wyzywany od zabójcy prezydenta, zdrajcy, przedstawiany w mundurze SS?

Ale nawet po prawej stronie pojawiło się lekkie zawahanie po wybuchu Kaczyńskiego. Zaczęła kiełkować myśl, że jakaś granica została przekroczona, a przynajmniej – że prezes popełnił błąd, dając się sprowokować.

Objawili się przy tej okazji dwaj posłowie wyłamujący się z partyjnego monolitu. Stryj prezydenta Antoni Duda wstrzymał się w jednym z głosowań, Łukasz Rzepecki, który niedawno wystąpił przeciw ustawie o opłacie drogowej, tym razem ostentacyjnie chwalił ultimatum Andrzeja Dudy, które klub łącznie z prezesem przyjął lodowato.

Za chwilę Sejm przyjmie ustawę o Sądzie Najwyższym, jutro klepnie ją Senat, za parę dni podpis złoży pewnie prezydent. Pozornie nic się nie zmieniło, czołg jak jechał, tak jedzie, ale w środku kilka części się obluzowało.