Pokot bez emocji

„Pokot” Agnieszki Holland to film może i wybitny, tyle że oglądać się go nie da. Nie daje widzowi satysfakcji ani jako thriller, ani jako czarna komedia, ani jako baśń.

Nie jestem krytykiem filmowym, ale dobre thrillery kojarzą mi się z napięciem i zwrotami dynamicznej akcji. Trup się w „Pokocie” ściele wprawdzie gęsto, ale, trzymam się zwierzęcej tematyki, akcję filmu przegoniłby byle żółw. A jeśli chodzi o napięcie, to gdzieś po kwadransie nawet osioł wie, kto będzie mordercą.

Czarna komedia powinna być śmieszna. Kilka scen jest w „Pokocie” naprawdę zabawnych, w tym zwłaszcza brawurowy monolog listonosza, jak zwykle świetny jest też Gierszał w roli dotkniętego padaczką informatyka, który wnosi do filmu trochę życia – ale na dwie godziny to zasmucająco mało.

Baśń? Nastrój budują świetne zdjęcia pięknej przyrody, ale brakuje w tym filmie poezji i lekkości.

To zresztą – poza wszechogarniającą nudą – jest mój główny zarzut wobec „Pokotu”. Schemat goni schemat i schematem pogania. Jak myśliwy, to obowiązkowo wredny i dziwkarz-alkoholik przy tym; jak ksiądz, to fanatyk, jak entomolog, to zbzikowany. Żadnego życia w tych postaciach nie uświadczysz, żadnej ciekawości nie budzą, żadnej interesującej przemiany nie przechodzą.

Co można wynieść z „Pokotu”? Że nie należy dręczyć zwierząt? Że krzywda im wyrządzona wraca? Wow, co za niesamowite przesłanie.

„Pokot” to film z gatunku tych, których recenzje powstały długo przed premierą i mogę się domyślać, co, kto, i w jakiej redakcji o nim napisze. Recenzje będą skrajne, ale domniemuję, że film wzbudzi emocje głównie wśród krytyków, a widzów pozostawi doskonale obojętnymi.