Jakośtobędzizm

Nie będę dziś oryginalny i zaśpiewam w chórze, bez wielkiej nadziei zresztą, że nawet wiele podobnych głosów cokolwiek zmieni.

Wypadek Beaty Szydło można rozbierać na czynniki pierwsze, badać i ustalać, ile wlezie. Żadne badania nie zmienią jednak faktu podstawowego: limuzyna z panią premier uderzyła w drzewo po próbie wyprzedzania na podwójnej ciągłej.

W Polsce poza konstytucyjną hierarchią źródeł prawa obowiązują dwie normy zwyczajowe i zarazem nadrzędne.

Pierwsza stanowi, że jakoś to będzie.

Druga rozciąga immunitet dla VIPów na prawa fizyki.

Przeraża żywotność obu tych reguł w kraju, gdzie spadają statki powietrzne z premierem, generalicją i prezydentem. Klasa polityczno-urzędnicza nie wyciąga żadnych wniosków z tego, co się wydarzyło. I dzieje się nadal, szczęśliwie bez tak tragicznych skutków. Bo jakoś to będzie.

Proszę wskazać jeden kraj zachodni, gdzie w ciągu roku pęka zużyta opona w prezydenckiej limuzynie, rozpędzony minister obrony taranuje kierowców na czerwonym świetle, a premier ląduje na drzewie, wyprzedzając mimo zakazu.

A był jeszcze przecież listopadowy powrót Szydło z Londynu, gdy do rządowego samolotu wpuszczono zbyt wiele osób i tylko zdecydowana postawa pilota sprawiła, że nadmiarowi pasażerowie w końcu wyszli.

Ale wypadek Szydło pokazuje coś jeszcze; sądzę, że w wielu państwach byłby po prostu nie do pomyślenia. Ważne – dla celów procesowych i politycznych – będzie ustalenie, czy i jakich sygnałów używała kolumna rządowa, jaka była jej prędkość, jaki był odstęp między autami i czy wyprzedzany kierowca seicento włączył lewy kierunkowskaz.

Mnie się po tym nieszczęśliwym zdarzeniu marzy zmiana mentalności klasy miłościwie nam panującej. Pani premier – znów przyłączam się do wielu głosów – wracała z pracy do domu, a nie spieszyła się na szczyt NATO czy kluczowe posiedzenie rządu. Przepisy, które pozwalają łamać kodeks drogowy służą bezpieczeństwu, a nie komfortowi. Mają usprawnić działanie służb – w tym karetek, straży pożarnej, policji – a nie przyspieszyć o kilka minut powrót polityka z pracy do domu.

Mam poza tym wrażenie, że PiS jest świadom ryzyka, które niesie za sobą wypadek Szydło. Dlatego minister Błaszczak w kontekście wypadku gada głupoty o tym, jak się demonstranci 16 grudnia rzucali pod koła polityków PiS; partia rządząca weszła w swoją ulubioną rolę ofiary. Ale coraz trudniej grać ofiarę, gdy się już ponad rok rządzi.

Gdzieś tuż za rogiem czeka mocny przekaz o arogancji władzy, niesprawności służb państwowych, a w odleglejszej perspektywie – nawet osłabienie mitu smoleńskiego. Bo skoro tej władzy słabo idzie przemieszczanie się z punktu A do punktu B, to żadne zamachy nie są potrzebne.