Czy Kaczyński naprawdę wspiera Schetynę?

Są teksty, które budzą we mnie polemistę. Jest tak z najnowszym artykułem okładkowym „Newsweeka”, z którego się dowiaduję, że Jarosław Kaczyński postanowił pomóc Grzegorzowi Schetynie zostać liderem opozycji i dlatego wraz ze wszystkimi prawicowymi mediami powstrzymuje się od ataków na szefa Platformy.

W tekście występują pewne, by tak rzec, mielizny faktograficzne. Schetyna nie wygrał np. wyborów na szefa PO z Ewą Kopacz, bo takich wyborów nie było.

Nie jest też jedynym politykiem PO, który dostał od PiS funkcję przewodniczącego komisji sejmowej, bo takich polityków jest siedmioro.

A jako wytrwały czytelnik mediów prorządowych mogę zaświadczyć, że Schetyna nie jest w nich specjalnie oszczędzany; w czasie kryzysu dostało mu się znacznie mniej niż Ryszardowi Petru czy Mateuszowi Kijowskiemu, ale tak się składa, że to nie szef PO dał się przyłapać w samolocie do Portugalii z partyjną koleżanką, nie wypłynęły też żadne faktury. Ale już wczoraj wierne jak Szarik „Wiadomości” dały pasek „Platforma broni TW Bolka” i puściły archiwalną wypowiedź Schetyny o potrzebie likwidacji IPN.

Sprzeciw budzi jednak przede wszystkim myśl przewodnia w tekście „Newsweeka”, a mianowicie wiara, że życzliwość ze strony Jarosława Kaczyńskiego może pomóc Schetynie w przejmowaniu wyborców zarazem opozycyjnych i nieplatformerskich.

„Skoro Kaczor nie atakuje Scheta, tylko Ryszarda, to może jednak ja postawię na Scheta” – tak miałaby pomyśleć rzesza wyborców Nowoczesnej? Którzy, jak wynika z badań, są bardziej jeszcze antypisowscy niż zwolennicy PO?

Odwrotnie, gdyby Kaczyński chciał pomóc Schetynie, to właśnie jego powinien wziąć na celownik i ogłosić wrogiem nr 1.

Nie zmienia to faktu, że Kaczyński i Schetyna mają teraz pewną wspólnotę interesów. Żaden z nich nie płakałby po Nowoczesnej czy KOD i żaden z nich nie kocha Donalda Tuska. Ale to już trochę inna bajka.