Petru, mistrz autodestrukcji

Każdemu zdarza się przejęzyczyć, niektórym, jak Ryszardowi Petru, zdarza się nie przejęzyczyć. Takim zapamiętaliśmy go z pierwszego roku bieżącej kadencji, gdy mówił o święcie Sześciu Króli, oznajmiał, że „głowa psuje się od góry”, czy cieszył się, że konstytucja z 3 maja ma się świetnie i wciąż obowiązuje mimo zabiegów PiS.

Liderowi Nowoczesnej mało było jednak tej specyficznej sławy. Nie zakopał swoich autodestrukcyjnych talentów, wręcz przeciwnie, z mocą zabrał się do ich pomnażania, zupełnie jakby strzelanie w stopę było jego postanowieniem noworocznym.

Na Sylwestra poleciał na Maderę w towarzystwie posłanki Joanny Schmidt, a ich zdjęcie z samolotu fruwa po internecie. Wiceszefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer próbowała tłumaczyć, że „to był krótki wyjazd, który miał na celu załatwienie zaplanowanych spraw”, ale wiele to Petru nie mogło pomóc, katastrofa wizerunkowa stała się faktem.

Nie wnikam w życie prywatne lidera (brzmi to coraz bardziej kpiąco) Nowoczesnej. Wydaje mi się jednak, że żonaty polityk aspirujący do przywództwa opozycji, rozpoznawalny przez 85 proc. Polaków (dane CBOS), powinien przewidzieć, że wspólny wypad sylwestrowy z młodą posłanką, zwłaszcza samolotem, może się zakończyć zdjęciem i że to zdjęcie nie będzie dla niego korzystne.

I że szczególnie głupio wygląda to po deklaracji tego samego polityka, że do 11 stycznia posłom opozycji nie wypada wyjeżdżać na wypoczynek, chyba że na dwa dni.

Bo tak się składa, że sytuacja w Polsce jest tak poważna, że opozycja okupuje salę plenarną Sejmu. I nawet jeśli z równania wykreślimy posłankę Schmidt, to byczenie się na Maderze wciąż wygląda śmiesznie, zwłaszcza że przed chwilą opozycja krytykowała prezydenta za to, że w środku kryzysu wybrał się na urlop.

Petru sam jeszcze nie wie, jak bardzo zaszkodził. Nie sobie, całej opozycji.