Mały apel o opamiętanie

Sejmowy kryzys z obu stron wydobył to, co najgorsze. To jest jakiś sen wariata na kacu.

PiS ani przez moment nie potrafi dziś udawać, że jest partią normalną, wolną od teorii spiskowych, zarządzaną demokratycznie i gotową rozmawiać z opozycją.

Jarosław Kaczyński z całą powagą ogłasza, że opozycja wraz z mediami dokonała próby puczu, a dowodem na to jest zamówienie tysiąca kanapek. To po prostu chore, że w debacie publicznej gości zbitka „szykowali pucz, przecież zamówili jedzenie”, że dziennikarze muszą sprawdzać, kto te kanapki sprowadził i kto je jadł.

Paranoja kanapkowa przysłania odrobinę wariactwo puczowe, a przecież to odlot jeszcze większego kalibru. „Wiadomości” robią wprawdzie co mogą (gdyby Jarosław Kaczyński ogłosił plan przesunięcia Tatr na granicę z Rosją, „Wiadomości” przedstawiłyby harmonogram robót i zbawienny wpływ planu na obronność Rzeczypospolitej), ale nijak nie da się przedstawić protestów opozycji i demonstracji pod Sejmem jako próby zamachu stanu. Przynajmniej w świecie słowników, w których słowo „polec” wciąż nie odnosi się do katastrof lotniczych.

Zawstydzająca była konferencja prasowa z udziałem trzech formalnie najważniejszych osób w państwie – marszałków obu izb i pani premier oraz Kaczyńskiego, któremu rzecznik rządu (nie partii) pierwszemu udzielił głosu. Beata Szydło własną wypowiedź zaczęła od: „jak podkreślił premier Jarosław Kaczyński”.

Dziwaczne były zorganizowane przez prezydenta „mediacje”, na które zaprosił wszystkich partyjnych liderów. Nie dlatego, że zaprosił, bo to był akurat ładny gest (i w dodatku samodzielny), ale to, że te spotkania tak kompletnie nic nie znaczyły i że nawet nikomu w PiS nie chciało się poudawać, że Andrzej Duda coś waży. A skoro nic nie waży, to w spokoju ducha podążył na urlop w góry. Bo cóż innego może zrobić głowa państwa w trakcie puczu?

Niekompatybilność ze swoim stanowiskiem wykazał też Marek Kuchciński, któremu w głowie się nie mieści, że można być marszałkiem Sejmu, a nie marszałkiem PiS-u. Co to za marszałek, któremu puszczają nerwy przy kpiącej nawet wypowiedzi szeregowego posła? Przeniesienie na chybcika obrad do Sali Kolumnowej i chaos temu towarzyszący obciąża indywidualne konto Kuchcińskiego. Ośli upór w sprawie ograniczenia swobody mediów w Sejmie – także.

Swoje dokładają posłowie PiS, masowo dzielący się bardzo nieśmiesznymi żartami w internecie, oskarżający posłów PO o złodziejstwo i grzebanie w torebkach. PiS nie może się zdecydować, czy ma do czynienia ze śmiesznym „ciamajdanem” czy groźnym zamachem stanu. W rezultacie płyną do wyborców sprzeczne komunikaty, w których gubią się nawet internetowe trolle.

Na tym żałosnym tle równie żałośnie prezentuje się opozycja. Bez wyznaczonego celu, bez jasnego pomysłu, bez wyraźnego przywództwa.

Jeśli teraz opozycja sięgnęła po tak ciężkie narzędzia jak okupacja sali sejmowej – to co sobie zostawi na resztę kadencji? Jak PiS uderzy w sędziów? Media prywatne? Jak zapragnie zmienić ordynację?

Platforma i Nowoczesna – przy zerowym wzajemnym zaufaniu swych liderów – wypatrują, co zrobią ci drudzy, by przypadkiem nie wypaść na tych mniej bojowych. PO ma więcej posłów, więc dochodzą jeszcze napięcia wewnętrzne i licytacja na radykalizm.

Posłowie rotacyjnie okupujący salę sejmową wiercą się na swych pluszowych krzyżach, podśpiewują, dowcipkują, robią selfie, słowem – kabotynizm dla zaawansowanych. Kto nie widział śpiewającej Joanny Muchy, nic nie widział. Kto widział, płakał.

Z kolei Ryszard Petru zgłasza wniosek o skrócenie kadencji Sejmu, który, gdyby przeszedł (Nowoczesnej brakuje zaledwie jakichś 270 posłów), skończyłby się jeszcze większą dominacją PiS w przyszłej kadencji. Nikt nie ma złudzeń, że w ciągu dwóch miesięcy Petru i Grzegorz Schetyna dogadaliby się co do programu, miejsc na listach i strategii.

W błahym w sumie sporze (naprawdę w tej kadencji PiS robił dużo gorsze rzeczy) władza i opozycja wytaczają coraz cięższe działa, ale nie umieją ich obsługiwać; pociski wybuchają w rękach kanonierów albo spadają na własne szeregi. Patrzeć hadko. A co gorsza, można się obawiać, że oni się dopiero rozkręcają.