Zdrada klerka Glińskiego

Coraz pilniejsze, zwłaszcza z punktu widzenia PiS, wydaje się sklonowanie Marka Suskiego.

Bo – mogłoby pomyśleć kierownictwo – z inteligentami w naszej partii trochę jak u Gogola. Jeden tylko jest porządny: Gliński; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.

Tyle się w niego zainwestowało, sam prezes wychwalał i najwyższe urzędy obiecywał, do godności wicepremiera wyniósł – a ten idzie do „Wiadomości” i gada, że telewizja publiczna to kompromitacja, propaganda i dom wariatów.

Krótko mówiąc – zdrada klerka.

Nie lubię porównań naszych czasów z PRL, czuję lekki wstręt do wszelkich analogii, trudno mi jednak nie pomyśleć o prof. Glińskim jak o rewizjoniście; dawno temu inteligenci też zaczynali od punktowej krytyki władzy, by potem władzę tę fundamentalnie odrzucić.

Można oczywiście – małostkowo – zarzucać Glińskiemu, że z całego rozległego przecież bagna „Wiadomości” dostrzegł jedną kałużę, i to tylko dlatego, że to w nią akurat wdepnął; ale można też mieć nadzieję, że z czasem zobaczy otoczenie w całej okazałości. Że w „domu wariatów” – by trzymać się metafory Glińskiego – jest wiele pokojów, nie tylko ten jeden, w którym pacjentom serwuje się końską dawkę topornych materiałów o organizacjach pozarządowych.

Proces myślowy profesora może zresztą przyspieszyć, zwłaszcza jeśli zostanie dodatkowo przeczołgany przez kolegów z partii i życzliwych jej mediów.

Bo jak inteligent zaczyna wątpić, to przestaje być „swój”, a jak przestaje być „swój”, to zaczyna wątpić jeszcze bardziej, aż staje się pełną gębą dysydentem.

Dlatego, jak mniemam, należy konsekwentnie stawiać na innowacyjność i badania naukowe. Jeden organicznie niezdolny do wątpliwości Suski to stanowczo za mało.