Przekroczyć próg śmieszności

Znajdujemy się w momencie, który w normalnych państwach zdarza się nieczęsto, a być może nie zdarza się wcale – między uroczystymi obchodami okrągłej 14 rocznicy zaprzysiężenia prezydenta stolicy a intronizacją Chrystusa z udziałem prezydenta republiki.

Pod warszawskim ratuszem wartę zaciągnęli żołnierze, tłum dygnitarzy złożył wieńce. Był marszałek Sejmu, przyszły szefowe kancelarii prezydenta i premiera, głaz z wybitnie nieudaną podobizną Lecha Kaczyńskiego zaszczycili ministrowie obrony, rodziny, środowiska, spraw wewnętrznych. Całość retransmitowała (ktoś pewnie da głowę za brak transmisji) publiczna telewizja.

Dziecko Mrożka i Barei by tego nie wymyśliło, a przecież rządzący nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Wręcz przeciwnie, nastąpił jakiś listopadowy wysyp groteski.

Wszystko dzieje się w tygodniu, w którym szef tych wszystkich ludzi za spowolnienie wzrostu PKB obciążył przedsiębiorców zadających się z opozycją, a posłanka partii rządzącej snuła tyleż niezborne, co przerażające rozważania o deportacji tych czy owych z Polski. A już jutro Andrzej Duda weźmie udział w intronizacji Chrystusa w Łagiewnikach.

Niby to wszystko bardzo zabawne – internauci piszą o kimirsenizmie i domagają się świętowania 25 rocznicy objęcia przez Lecha Kaczyńskiego NIK itp. – ale mnie jakoś śmieszy to coraz mniej.