Nie zabierać ronda Dmowskiemu

Trumny Piłsudskiego i Dmowskiego nie tylko rządzą Polską, ale i mieszają w głowach publicystów.

Zaczęło się od oburzenia na Mateusza Kijowskiego, który umieścił Romana Dmowskiego na swym facebookowym profilu, co zniesmaczyło panią Kazimierę Szczukę. Potem zasługi Dmowskiego przypomniał Paweł Wroński w „Gazecie Wyborczej” w tyleż rozsądnym co bezskutecznym apelu o niedzielenie i niewykluczanie Polaków w zależności od poglądów. Bezskutecznym, bo Wroński, jak napisał na Twitterze, „oberwał za ten tekst od swoich”.

Teraz Jarosław Osowski oburza się w „Gazecie Stołecznej” na fakt, że w centrum Warszawy jest rondo Dmowskiego: „Miasto dotknięte w czasie wojny tragedią największego getta, gdzie kilka lat wcześniej żyła najliczniejsza społeczność żydowska w Europie, uhonorowało w swoim najbardziej ruchliwym punkcie zapiekłego antysemitę”.

Zdanie to jest pozornie prawdziwe, w istocie jednak fałszywe, bo nie za zapiekły antysemityzm dostał Dmowski swoje rondo. I nie za paskudne poglądy wybudowaliśmy mu pomnik, pod którym całkiem niedawno kwiaty składał choćby Bronisław Komorowski.

Autor „Stołecznej” zdaje sobie sprawę z pewnego bałaganu myślowego w swoim tekście, ale posprzątać go nie umie, o czym świadczy kolejny cytat: „Jeśli w ogóle zasługiwał na jakieś miejsce, bo przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości, można mu było znaleźć coś mniej eksponowanego”. Co, tego autor już nie zdradza. Ale albo rybka, albo pipka; jak ktoś jest współtwórcą polskiej niepodległości, to należy mu się właśnie rondo w centrum stolicy i pomnik, a nie uliczka na peryferiach. Endek Dmowski to bohater nie z mojej bajki, ale sprowadzanie go do „zapiekłego antysemity” jest po prostu intelektualnym faulem.

Nigdy nie dość powtarzania, że tak jak Dmowskiego nie za antysemityzm warto wdzięcznie wspominać, tak Piłsudskiego nie za Berezę Kartuską czcimy.

Zabawne, że wielu zwolennikom otwartości, tolerancji i różnorodności kończą się te wszystkie piękne cechy, gdy przychodzi do różnorodności właśnie.