Był Dziadek

Dzień po pogrzebie mojego Dziadka – prof. Jerzego Szackiego – postanowiłem napisać tu o Nim parę słów.

Wielu przede mną pisało już o Jego osiągnięciach naukowych i życiowych – książkach, tłumaczeniach, wybitnych uczniach, nagrodach, orderach i medalu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

Bardzo dużo pisał, ale czytał jeszcze więcej, od literatury ze swojej działki po kryminały i horrory Stephena Kinga.

Znajomi Dziadka znali go z legendarnej małomówności, ale był także znakomitym, uważnym słuchaczem. W końcu się zresztą zwykle odzywał, krótko, do rzeczy i często dowcipnie, bo słynął z poczucia humoru.

We wspomnieniach z przedwojennego dzieciństwa w „Tygodniku Powszechnym” opowiadał, jak ciągnęło Go do złego: „Chciałem nosić oprychówy, berety – jak inni – a nie czapeczki z pomponikami. Kiedy podrosłem, moja pozycja się poprawiła. Byłem silnym dzieckiem. Wdałem się nawet w bójkę. Szło ku lepszemu”.

Z silnego dziecka wyrósł na silnego mężczyznę. Był już dobrze po osiemdziesiątce, gdy spotkałem Go z dwiema torbami zakupów, które niósł z łatwością, a które mi sprawiły kłopoty. Ale był też silny psychicznie, umiał oswoić starość i chorobę. Do końca na pytanie „Jak się czujesz?” odpowiadał „Znakomicie” albo „Coraz lepiej”.

Gdy dostawał krew, która miała Go wzmocnić, żartował, że dzięki temu lepiej rozumie wampiry.

Ostatni raz widziałem Go w szpitalu dzień przed moim wyjazdem. Obiecał, że po moim powrocie będzie w lepszej formie. Tej obietnicy nie dotrzymał i to względem Niego mój największy zarzut.

Był Dziadkiem moim i Agaty ponad 30 lat. Mieliśmy szczęście, że tak długo, szkoda, że tak krótko.