Kapelusz Tuska za duży dla Kopacz

Ewa Kopacz to czas przeszły dokonany. Nie może być liderem opozycji ktoś, kto nie umie wygrać rozgrywki o przywództwo klubu z własnym wiceministrem; ktoś, kto nie wykazał się elementarnym choćby instynktem politycznym.

Kopacz nie przegrała przecież dlatego, że jeden z jej zwolenników zatrzasnął się w toalecie, przegrała na tyle wyraźnie, że można mówić o klęsce. Nie powinna w ogóle stawać do walki o szefostwo klubu, gdy wynik tej potyczki był niepewny.

Kopacz wciąż nie przeszła żadnego testu wyborczego we własnej partii – wszystko co ma, dostała od Donalda Tuska. Jego kapelusz spadł jej na buty.

Dla Platformy zaczyna się czas walki o przywództwo. Byłoby dla niej najlepiej, gdyby zaczęła się od dołu, od kół, powiatów i regionów, bo partia potrzebuje wstrząsu. W strupieszałe struktury – jak słusznie pisali w Polityce Mariusz Janicki i Wiesław Władyka – musi wstąpić nowy duch. Inaczej o żadnej rywalizacji z PiS mowy być nie może. Za cenę kilku miesięcy konfliktów może się wówczas wykuć układ sił na resztę kadencji, a przyszły lider będzie silniejszy, bo jego pozycja będzie budowana od fundamentów.

Z kolei szybkie wybory lidera i pozostawienie reszty partii w obecnym stadium grożą konfliktami bardziej długotrwałymi i groźniejszymi dla całej formacji.