Szydło w tragikomedii

Jestem ponadprzeciętnie dobrego zdania o inteligencji polityków, dlatego uważam, że jeśli robią coś, co wydaje się głupie, to nie dlatego, że są głupi, tylko dlatego, że mają w tym jakiś cel.

Głównym zajęciem polityków PiS od wyborów jest grillowanie własnej wiceprezes, a co ważniejsze – własnej kandydatki na premiera.

Beata Szydło napisała mi wprawdzie wczoraj na Twitterze, że nie czuje się grillowana, ale cóż mogła napisać? Z faktami trudno dyskutować, a te są oczywiste.

Przez dwa dni po głosowaniu mieliśmy spektakl „kto będzie kandydatem na premiera”; wczoraj Mariusz Błaszczak oznajmił, że zmęczona kampanią Szydło wzięła wolne, a rząd nie będzie autorski tylko PiS-owski. W kampanii Szydło przedstawiła Jarosława Gowina jako kandydata na ministra obrony, dziś jego szanse na to stanowisko są jak szanse bałwana na przetrwanie lata.

Na urlopie jest też jeden z najbliższych współpracowników Szydło Marcin Mastalerek – Jarosław Kaczyński nie wpuścił go nawet na listy wyborcze – a za kontakty PiS z prezydentem w sprawie tworzenia rządu odpowiada kwartet Kaczyński – Błaszczak – Adam Lipiński – Joachim Brudziński. To jest prawdziwa i niezmienna od lat hierarchia PiS.

Dlaczego PiS upokarza Szydło tak ostentacyjnie? Rysuje się kilka, niesprzecznych zresztą, wytłumaczeń:

1) Politycy PiS uważają, że Szydło nie poradziła sobie w kampanii i lepszym premierem byłby Kaczyński.

2) Politycy PiS chcą podlizać się prezesowi, spodziewając się, że nie jest to ostatnie rozdanie personalne w tej kadencji i licząc na dobrą pamięć Kaczyńskiego.

3) Kaczyński pozwolił hasać podwładnym, by Szydło nie poczuła się za mocno.

4) Politycy PiS chcą mieć wpływ na skład rządu (czytaj – chcą wejść do rządu) i chcą to załatwić via gabinet prezesa, a nie via Szydło.

To są wszystko motywy zrozumiałe, szkoda tylko, że aktywności PiS podkopują autorytet przyszłej premier, która już na starcie będzie premier malowaną. Szydło powiedziała kiedyś, że nie będzie jak Kazimierz Marcinkiewicz; faktycznie nie jest. On miał dużo większy komfort.

Poza wszystkim innym, uderzanie w Szydło w celu jej osłabienia wydaje się niepotrzebne. Nikt nie miał złudzeń, że liderem prawicy i zwycięzcą wyborów jest ktoś inny niż Kaczyński i że wymiana premiera zajęłaby mu więcej niż tydzień, góra dwa.

Gdyby zaś ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, to niech przeczyta statut PiS. Ten bez ogródek stwierdza – takiego zapisu nie ma np. w statucie Platformy – że prezes partii kontroluje klub parlamentarny, a więc w interesującym nas przypadku zaplecze rządu. Przepraszam za rym, ale wystarczy, że Kaczyński zrobi „pstryk” i zaplecze znika w mig.

Wszystkie te partyjne gierki nie zaszkodzą raczej notowaniom PiS, ale robią bardzo złe wrażenie. A szanse na to, że Szydło przetrwa całą kadencję, są jeszcze mniejsze niż Gowina na ministra obrony.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że w następnych wyborach kandydatem na premiera będzie już prawdziwy lider zwycięskiego ugrupowania i że taką tragikomedię oglądamy ostatni raz.