Partie straszą spotami

Trzeba to powiedzieć wprost – jesteśmy ofiarami najnudniejszej kampanii wyborczej od lat. Może się jeszcze rozkręci, ale czasu zostało tak mało, że trudno o nadzieję. Spece od kampanii i fachowcy od marketingu znaleźliby może jakieś argumenty na jej obronę; np. że Platforma nową polityką miłości umiejętnie walczy o swych dawnych wyborców, a PiS potrafi wreszcie nie dać się sprowokować.

Ale ja mam nieodparte wrażenie, że wszystkie bez wyjątku partie odbębniają pańszczyznę.

Na prośbę redaktorów z polityka.pl obejrzałem blok bezpłatnych spotów wyborczych i był to jeden z bardziej przykrych obowiązków w życiu blogera, bo oglądało się to przyjemnie niczym blok reklam o biegunce, grzybicy, hemoroidach i łupieżu.

Nie przesadzałem z notatkami, jako widz chciałem się wcielić w wyborcę, który polityką interesuje się od święta i po paru godzinach chce znajomym powiedzieć, jak walczą o niego partie.

I tak:

Spot SLD zaczyna się od straszliwie zagranej scenki, w której rodzice mówią dziecku, że nie może chodzić do przedszkola. A potem na siebie patrzą, chcąc pewnie coś wyrazić, ale Sojusz poskąpił na aktorów, więc nie wiadomo co. Następnie kandydat Sojuszu na prezydenta Warszawy mówi, że każde dziecko zasługuje na miejsce w przedszkolu.

Ziew. Cięcie.

Tajemnicą Platformy pozostanie, czy w bloku bezpłatnych spotów puszcza cztery razy tę samą reklamówkę, czy cztery bardzo podobne. Czy jest to jakiś sprytny manewr, czy też zabrakło pomysłu na dłuższy materiał? PO ma zresztą chyba najgorsze hasło ze wszystkich partii: „Miliardy dla samorządu – lepsze życie Polaków”. „Miliardy” – abstrakcja, „samorząd” – abstrakcja, a reszta to straszny banał. W tle – obrazki z Donaldem Tuskiem, jakieś drogi, jakieś orliki, jakaś bieżnia.

Ziew. Cięcie.

PiS pokazuje natomiast kandydatów na prezydentów udających, że są na naradzie, co wygląda równie przekonująco, jak gra aktorów w spocie SLD. Nawet dziecko bez prawa do głosowania wie, że dorośli tak nie rozmawiają: „A wiecie, że S19 połączy Podkarpacie ze światem?”, mówi marszałek Ortyl, a inni kiwają głowami. Potem wchodzi Jarosław Kaczyński i oznajmia, że są tysiące powodów, by głosować.

– Chodźmy! – rzuca lider PiS, a po sali niesie się: „chodźmy!”, „chodźmy!”, „chodźmy!”. I idą.

Na tym tle przyzwoicie prezentował się spot PSL, ale, prawdę mówiąc, po kilku godzinach nic z niego nie pamiętam, z wyjątkiem tego, że nie krzywdził oczu.

Nie chcę się znęcać nad produkcjami pozostałych partii, są w końcu dużo biedniejsze niż nasze zasilane milionami z subwencji tuzy.

Ale to naprawdę było smutne dziesięć minut. Wrażenia nie zaciera nawet najlepszy technicznie spot Platformy, emitowany w paśmie płatnym. Premier Kopacz z niesmakiem zamyka tam drzwi, za którymi trwa kłótnia polityków i mówi, że ma dosyć takiej polityki, „jak wy”. I że chce zmiany, co, jak zauważyli już wszyscy przede mną, jest sprytnym plagiatem hasła PiS „czas na zmianę”.

Znać w tym, nawiasem mówiąc, rękę Michała Kamińskiego; tak czy inaczej jest to jedyna reklamówka, która budzi uczucia inne niż nuda. Ba, wzbudziła nawet coś na kształt debaty. Może nawet doczekamy się filmowej repliki PiS. Oby.

Warto się jeszcze na koniec zastanowić, skąd ta mizeria kampanii. Czy partie oszczędzają pieniądze i pomysły na wybory do Sejmu? Czy pogodziły się z układem sił? Czy też, co byłoby najgorsze, uważają, że robią wspaniałą robotę?