Połączenie wyborów zabiłoby Tuska

Wraca co pewien czas – tym razem sprzyjają temu wakacje – temat połączenia przyszłorocznych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Roman Giertych rozwodził się nad zaletami tego rozwiązania w TVN24.

Myślę, że tu się pojawia rozwiązanie bardzo proste, choć wymagające pewnego poświęcenia od prezydenta, ale myślę, że warto podjąć to ryzyko – powiedział były wicepremier. Na pytanie, czy w PO toczy się o tym dyskusja, Giertych zareagował typowo, czyli zasłonił się formułą, że nie ujawnia prywatnych rozmów.

Byłoby idealnie dla Platformy, gdyby wybory prezydenckie i do Sejmu przypadały tego samego dnia. Donald Tusk umiałby wykorzystać popularność Bronisława Komorowskiego; wyborcy prezydenccy niejako z rozpędu poparliby także prezydencką partię.

Rzecz w tym, że między wyborami prezydenckimi a parlamentarnymi zieje kilkumiesięczna luka w zasadzie niemożliwa do usunięcia. Są oczywiście sposoby przyspieszenia wyborów do Sejmu, ale albo niemożliwe do zrealizowania, albo tak kosztowne politycznie, że Tusk wyszedłby na tym jak Zabłocki na mydle.

Sposób pierwszy, samorozwiązanie Sejmu, odpada. Wymaga 307 głosów, PiS Platformie nie pomoże, większości się nie uzbiera.

Sposób drugi, kombinacje z budżetem. Jeśli prezydent nie dostanie do podpisu ustawy budżetowej w ciągu czterech miesięcy od złożenia jego projektu w Sejmie, ma – przez dwa tygodnie – prawo zarządzić przyspieszone wybory. Tyle że jeśli rząd dochowałby normalnych konstytucyjnych terminów, czyli złożył projekt budżetu do końca września 2014 r. – a parlament nie zdążyłby go uchwalić w ciągu czterech miesięcy – to prezydent miałby czas na skrócenie kadencji Sejmu do połowy lutego. Wybory musiałyby się odbyć najpóźniej 29 marca – półtora miesiąca przed prezydenckimi, które przypadną 10 lub 17 maja, czyli cel podstawowy – połączenie wyborów – pozostałby niezrealizowany. Machinacje z budżetem obciążyłyby Tuska, zmusiłyby poza tym Komorowskiego do wzięcia udziału w partyjnej nawalance, od której trzymał się konsekwentnie z daleka.

Sposób trzeci, dymisja Tuska. Premier mógłby tak wycyrklować swoje ustąpienie, by – zakładając współpracę z prezydentem w procedurze trzech kroków – wybory parlamentarne odbyły się razem z prezydenckimi. Ale to czysta utopia, która utopiłaby Tuska. Wyobraźmy sobie: premier oddaje władzę. Jak to wytłumaczyć? Że teraz już nie chce rządzić, ale za trzy miesiące znów mu się zachce? Wywołać awanturę z PSL, wyrzucić ludowców z koalicji? To z kim współrządzić po wyborach? Takie rozwiązanie gwarantowałoby jedynie chaos i kres kariery Tuska. Na co Giertych skądinąd pewnie liczy.