Na marginesie jedności prawicy

Zakończony właśnie kongres zjednoczeniowy prawicy miał dać PiS wreszcie jakiś sukces, ale znów się nie udało. Nie było Ziobry, nie było Gowina; patronem tego wydarzenia mógłby być Kononowicz, albowiem nie było niczego. Ale warto cofnąć się o dwa lata z hakiem.

24 marca 2012 r. Jarosław Kaczyński, zaniepokojony kongresem Solidarnej Polski, podpisał umowę z Markiem Jurkiem, by nie powstało wrażenie, że umiejętności PiS sprowadzają się do przegrywania i rozpadania.

Umowa PiS z Prawicą RP, partią pozbawioną struktur i wyborców – jej jedynym kapitałem jest Jurek – była korzystna dla mniejszego ugrupowania. Tyle że w PiS nikt się nią specjalnie nie przejmował. Aż do teraz, gdy ktoś zauważył, co jest w porozumieniu. A jest tam czarno na białym, że Prawica RP nie tylko zachowuje odrębność organizacyjną, lecz także jej posłowie – wybrani z list PiS – mają prawo do tworzenia własnej reprezentacji w Sejmie.

Tzn. wygląda na to, że mieli, bo Kaczyńskiemu się odwidziało. Na kongresie zjednoczeniowym prawicy – szumna nazwa na spotkanie PiS z posłem Smirnowem, byłym europosłem Kurskim i Zdzisławem Podkańskim – lider PiS de facto wypowiedział Jurkowi umowę. Mówił bowiem o „zwartym zdyscyplinowanym klubie”. Jurka na kongresie nie było w związku z uroczystościami rodzinnymi.

W prawie istnieje klauzula rebus sic stantibus, pozwalająca, najkrócej mówiąc, na odstąpienie od umowy, gdy zmieniły się okoliczności.

W polityce tą zmieniającą się okolicznością jest stan ducha prezesa.