Sprawa Protasiewicza – wizerunkowa porażka Platformy

Szkoda Jacka Protasiewicza, sprawnego i lubianego w Brukseli europosła, utalentowanego polityka i sympatycznego rozmówcy o horyzontach znacznie szerszych niż przeciętna w polskiej polityce.

Tym trudniej pojąć, jak mógł zachować się tak bezmyślnie. W to, że niemiecki celnik był chamski, uwierzyć potrafię; to że komenda „raus” może wkurzyć – to oczywista oczywistość, obcesowego traktowania przez policjantów też nie da się wykluczyć.

Ale to, że szef sztabu wyborczego partii rządzącej na trzy miesiące przed wyborami pokrzykuje na niemieckiego celnika, czy wie co to Auschwitz i czy zna okrzyk „Heil Hitler!” – nie, tego pojąć nie potrafię. Jakby się w tym samolocie szaleju objadł, a nie wina napił.

Ale ta historia wiele mówi też o całej Platformie, która wykazała się zdumiewającą amatorszczyzną. Ci domniemani spece od PR pokazali – gdy przyszło do próby – totalną bezradność. Protasiewicz zachował się równie rozsądnie jak turysta, który w klapkach idzie na Rysy, ale nawet takich śmiałków, mimo wszystko, się ratuje.

Smutny incydent na lotnisku we Frankfurcie zdarzył się we wtorek wieczorem. Narzuca się kilka pytań.

Co działo się od tego czasu do środy wieczorem, gdy napisał o tym Bild?

Czy Protasiewicz w środę rano uprzedził Pawła Grasia, Donalda Tuska i Igora Ostachowicza, że jest tykającą bombą?

Jeśli tak, to co zrobili, żeby mu pomóc? Z boku wyglądało, jakby był kompletnie nieprzygotowany.

Jeśli im nie powiedział, to powinien jak najszybciej sam zrezygnować z funkcji szefa sztabu, bo nie tylko naraził całą partię, lecz i dowiódł braku wyobraźni. Jeśli miał nadzieję, że nikt się o zajściu nie dowie, to powinien wybrać sobie jakieś inne zajęcie.

Jeśli jednak nikomu nic nie pisnął i Tusk&co. o wszystkim dowiedzieli się z Twittera w środę w nocy, to co się działo potem? Czy jakiś troubleshooter wsiadł w samolot i poleciał do Strasburga, żeby rozminować sytuację? Chyba nie, bo poranna konferencja Protasiewicza – i jego wcześniejsze wypowiedzi – były zbiorem wizerunkowych koszmarów.

Europoseł puścił nagranie ze swojego telefonu, na którym nic nie było słychać.

Drobiazgowo opisał fryzurę i wygląd celnika, jakby to mogło mieć jakiekolwiek znaczenie; czyżby gdyby celnik był długowłosym przystojniakiem, to by go Protasiewicz o Auschwitz nie pytał?

Raz mówił, że wypił lampkę wina, raz – że dwie butelki (po chwili poprawił na buteleczki), raz – że nie pamięta.

Narzekał, że go boli prawy bark, że ma skierowanie na badania, więc plecak miał na lewym ramieniu – co to miało do rzeczy?

Protasiewicz pogrążał się niemal z każdym zdaniem. Czy to zakończy jego karierę? Mam nadzieję, że nie, że ją co najwyżej przyhamuje. Może to wydarzenia ostatnich miesięcy były zbyt szybkie, może europoseł nie wytrzymał tej galopady, kto wie, może to woda sodowa po zwycięstwie nad Grzegorzem Schetyną zaszkodziła mu bardziej niż to wino w samolocie.