Goodbye Gowin

Jarosław Gowin w kampanii o przywództwo w PO przebył 5 tys. kilometrów. Większość w Platformie ucieszyłaby pewnie ta podróż, pod warunkiem, że byłaby w jedną stronę. Ale skoro Gowin nie wyemigrował – przeważnie można go zastać w drodze z radia do telewizji lub na odwrót – to problem partii rządzącej z byłym ministrem pozostaje nierozwiązany.

Można ewentualnie spojrzeć na to z drugiej, gowinowej strony i postawić diagnozę, że to problem byłego ministra z partią rządzącą pozostaje nierozwiązany.

Mógłby ktoś w tym miejscu zapytać „a co to za problem, przecież w partiach na całym świecie są różnice zdań, a takie prawybory w USA bywają brutalniejsze niż wszystko, czego byliśmy świadkami tego lata w Platformie”.

Rzecz jednak nie w różnicy zdań. Gowin ma przecież pełne prawo walczyć o swoje postulaty, z których wiele brzmi zresztą rozsądnie. O to, żeby opinia publiczna łatwiej mogła kontrolować partyjne wydatki. O to, żeby ordynacja w Polsce, na wzór niemieckiej, była mieszana. O to, żeby wszystkie władze partyjne w PO były wybierane przez jak największą liczbę członków partii. Gowin może (mógłby) być twarzą Platformy dla małych przedsiębiorców, ludzi o konserwatywnych poglądach, zwolenników wolnego rynku.

Rzecz także nie w tym, że Gowin nie lubi Tuska i że podważa jego przywództwo. Od tego są wybory szefa partii, żeby konkurenci eksponowali wady rywala. Gowin w kampanii ani razu nie uderzył poniżej pasa. Walczył jak mógł i – jak słychać z okolic komisji wyborczej – osiągnie naprawdę przyzwoity wynik.

Rzecz nawet nie w tym, że Gowin stawia PO ciężkie zarzuty zapominając, że po pierwszych czterech latach rządów Tuska ochoczo przyjął propozycję wejścia do rządu i wytrwał w nim tak długo, aż to premier go odwołał. Sam nie znalazł odwagi, żeby trzasnąć drzwiami, wolał półgębkiem sugerować, jak to się z premierem różni w tym czy owym. Kwestia stylu.

Nie, to z innego powodu Platforma powinna pożegnać się z Gowinem – albo Gowin z Platformą. Chodzi o fundamentalnie różne pojmowanie tego, jaka Platforma jest i jaka być powinna.

Po pierwsze i najważniejsze, Gowin czyniąc przyjazne gesty pod adresem PiS podmywa fundament, na którym opiera się Platforma. PO utrzymuje wciąż wysokie poparcie m.in. dzięki temu, że istnieje przepaść miedzy nią a PiS. Przepaść ta uniemożliwia przejście wyborców rozczarowanych PO do PiS. Gowin zaś wznosi nad tą przepascią most. Moja robocza hipoteza jest taka, że robi to w pełni świadomie, by osłabić Platformę, bo im więcej wyborców między PO a PiS, tym większe szanse na zbudowanie neoPO-PiS-u, za którym Gowin tak bardzo tęskni.

Po drugie, Gowin zapowiada, że po porażce z Tuskiem pozostanie wierny własnemu programowi wyborczemu. W praktyce oznacza to tyle, że będzie głosował po swojemu. PO nie będzie chciała referendum w sprawie sześciolatków, Gowin będzie za. Tusk będzie chciał likwidować OFE, Gowin będzie ich obrońcą. Platforma zechce odrzucić PiS-owski projekt ustawy powołującej rzecznika ochrony praw podatnika – Gowin będzie jego orędownikiem. Na taką sytuację nie może sobie pozwolić żadna partia. No chyba że były minister tylko tak mówi, a po wyborach spotulnieje.

Po trzecie, Gowin oskarża Tuska o próbę zrobienia z PO partii socjaldemokratycznej, czego on sam rzecz jasna nie akceptuje. To musi być strasznie męczące, z taką odrazą patrzeć na własną partię. Na dłuższą metę trudne do wytrzymania – czy dla tego co patrzy, czy dla obiektu obserwacji, w tym przypadku uzbrojonego w sąd partyjny.

Wagon Gowina trzyma się platformerskiego pociągu już tylko na gumę do żucia.