Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce

4.04.2018
środa

Żebrak smoleński

4 kwietnia 2018, środa,

Miłośnikiem prasy propisowskiej jestem od jej zarania, wiele więc widziałem i niejeden tekst zapisał się na dłużej w mojej pamięci. Dziś od rana chodzi za mną wstępniak Tomasza Sakiewicza z „Gazety Polskiej”.
Czytaj całość »

29.03.2018
czwartek

Błędy, wpadki i potykanie się o własne nogi rzadko przynoszą zwyżkę notowań

29 marca 2018, czwartek,

Jak termometr wskazuje 40 stopni, to większość ludzi kładzie się do łóżka. Można też przyrząd stłuc, oskarżyć jego producenta o spisek i ruszyć z gołą głową w zadymkę. Doświadczenie uczy, że pierwsza metoda przynosi bardziej zadowalające skutki medyczne, druga zaś bywa zawodna.
Czytaj całość »

20.02.2018
wtorek

Jeszcze o ustawie

20 lutego 2018, wtorek,

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w kościele, to po sześciu latach 90 osób z fotografii wciąż by żyło. Kilka osób miałoby za sobą działalność w konspiracji, kilka ratowałoby Żydów, ktoś przeżyłby obóz, znalazłby się także jakiś volksdeutsch, szmalcownik, kolaborant czy żołnierz Wehrmachtu. Trzy czwarte ludzi ze zdjęcia (może dwie trzecie, a może siedem ósmych, w każdym razie znakomita większość) miałoby za sobą zaś sześć lat biernego poddawania się losowi okropnemu, ale jednak dającemu żyć.

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w synagodze, to po sześciu latach 90 osób z fotografii byłoby martwych. Dobrzy i źli, bogaci i biedni, wykształceni i analfabeci, kolaboranci i bojownicy – bez różnicy; na dłuższą metę żadna cecha i żadne zachowanie nie wpływały na szanse przetrwania.

Bez zrozumienia (i czucia) tej fundamentalnej różnicy nie można w ogóle zaczynać rozmowy o tej idiotycznej, ale groźnej ustawie i wszystkich późniejszych głupstwach, w tym wykraczającym poza skalę pomyśle budowy muzeum „Polokaustu”.

A teraz po kolei.

Ustawa jest idiotyczna, bo zamiast poprawiać wizerunek Polski w świecie – pogarsza go. Nie odpowiada przy tym na żaden istotny problem społeczny, nie mówiąc o jego rozwiązywaniu. Nikt nie uważa, że państwo polskie czy naród polski współorganizowały Holokaust, a jeśli ktoś tak uważa, to żadna groźba więzienia go nie powstrzyma. Trzeba być Świrskim, żeby wierzyć, że ktoś, kto przed ustawą pisał „polskie obozy śmierci”, teraz podrapie się po głowie i napisze „niemieckie obozy śmierci”. Nie mówiąc już o tym, że zazwyczaj taka fraza to efekt skrótu myślowego, a nie wiary, że obozy stworzyli Polacy.

Zastanawia też użyta w ustawie fraza „wbrew faktom”, bo kto te fakty będzie ustalał – IPN? Sejm? Naród w referendum?

Sądzę poza tym, że nie należy ograniczać wolności słowa. Przepisy penalizujące „kłamstwo oświęcimskie” też są niemądre.

Napisałbym pewnie, że ustawa jest martwa – żaden GROM nie będzie wysyłany, by odrywać niedouczonych amerykańskich dziennikarzy od klawiatur i wlec ich na pokazowe procesy w Polsce – ale obawiam się, że przepis może jednak działać i że nie chodzi tu bynajmniej o żadne obozy śmierci, lecz o blokowanie debaty o naszych, polskich nieczystych sumieniach. Czy debata o Jedwabnem z początku tego wieku mogłaby się odbyć za rządów PiS i po wejściu w życie ustawy? Czy, powiedzmy, lokalny dziennikarz z Białegostoku, który natrafiłby na zakurzone akta zapomnianego procesu, przebiłby się z publikacją?

Ustawa jest zatem idiotyczna, ale i groźna, bo służy nie historii, lecz jej wulgaryzacji. „Nikt nie będzie karany za mówienie o polskich sprawcach”, powiada premier, ale przecież zupełnie coś innego widzieliśmy przez ostatnie dni w telewizji publicznej i zupełnie inną wizję historii przedstawiają nam od lat politycy PiS; nie do zapomnienia jest wywiad Moniki Olejnik z panią Anną Zalewską od edukacji, która nieprzytomnie bredziła w sprawie Kielc i Jedwabnego.

Ustawa wytycza koleiny, którymi ma pędzić nasza – państwowa i dominująca medialnie – narracja o polskiej historii. Ma być pięknie i heroicznie, Polacy nadają się na ofiary i bohaterów. I tak to idzie: Polska została napadnięta i zdradzona przez sojuszników, dwa totalitaryzmy, Polacy byli mordowani, wypędzani, pozbawiani majątków, okupacja była straszniejsza niż gdzie indziej, nie daliśmy się złamać, nie było kolaboracji, kraj bez Quislinga, Armia Krajowa, powstanie, Żegota, miliony Polaków pomagały Żydom, Ulmowie, kara śmierci dla szmalcowników, Sendlerowa, Pilecki, Karski, Zachód się wypiął i tak w kółko, ad mortem defaecatam.

Ale to tylko pół prawdy o II wojnie na ziemiach polskich, a pół prawdy to – jak dobrze wiadomo – całe kłamstwo. Historia jest znacznie bardziej skomplikowana niż słodka papka, którą raczą swoich widzów „Wiadomości”.

Dzieje Brygady Świętokrzyskiej należy zgłębiać, ale nie jestem przekonany, że premier państwa polskiego powinien odwiedzać groby żołnierzy oddziału współpracującego z Niemcami i mającym na koncie potyczki nie tylko z Armią Ludową, lecz i Batalionami Chłopskimi.

Polacy mordowali Żydów nie tylko w Jedwabnem. Liczne i przerażające świadectwa z tamtych czasów przytacza zresztą w ostatnich „Sieciach” Piotr Skwieciński. Polski antysemityzm – krzewiony m.in. w periodyku Maksymiliana Kolbego – nie zawsze prowadził do zbrodni, ale nieraz do kibicowania Niemcom (powtarzają się wspomnienia w rodzaju „Ten Hitler to paskudny typ, ale przynajmniej robi porządek z Żydami”); czasem zaś antysemici – nie wyrzekając się zresztą swoich uprzedzeń – ratowali Żydów, jak Zofia Kossak-Szczucka.

Ok. 400 tys. Polaków służyło w AK, ok. 300 tys. – w Wehrmachcie; w większości zostali tam wcieleni przymusowo, ale było też ok. 20 tys. ochotników.

„Miałem dwóch wybitnych dowódców – Rommla w Afryce i Andersa pod Monte Cassino” – wspominał uczestnik badań nad pamięcią II wojny.

Nikt nie zliczy, ilu Polaków ratowało Żydów, a ilu ich mordowało; nie wiadomo nawet, ilu Polaków zginęło za pomoc Żydom. Medali Sprawiedliwych – dwa przypadły mojej prababci i dziadkowi – jest z pewnością za mało. Oceny – płynące z Zachodu lub Izraela – polskiego państwa podziemnego i polskiego narodu bywają niesprawiedliwe, a czasem po prostu przeraźliwie głupie, ale to nie jest jeszcze argument za forsowaniem ustawy.

Polska historia jest fascynująco skomplikowana i nie widzę potrzeby, by ją upraszczać, zwłaszcza karnymi paragrafami w służbie aktualnie rządzących. Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.

11.12.2017
poniedziałek

Pożegnanie z Beatą*

11 grudnia 2017, poniedziałek,

Potężne poparcie i zaufanie

zdobyła tytaniczną pracą

oddaną służbą

niebywałą odwagą

konsekwencją

bezkompromisowością

poświęceniem

opanowaniem

i klasą.

Jest prawdziwym mężem stanu;

nadrzędna jest dla niej Polska

i za to kochają ją rodacy.

Taka pokora i lojalność

to rzadkie cechy u polityków.

Lawina wdzięczności,

międzynarodowe sukcesy.

Premier Beata Szydło

wielka klasa.

Wyznaczyła nowy standard

który powinien stać się wzorem.

* Marzena Nykiel, „Sieci Prawdy”. Autorka najlepiej czułaby się w pierwszej połowie lat 50.

7.12.2017
czwartek

Na marginesie rekonstrukcji. Dlaczego to tyle trwa?

7 grudnia 2017, czwartek,

Intensywnie nie zgadzam się z tezą, że rekonstrukcja ma coś przykryć i dlatego tyle to trwa.

Zwolennicy tej tezy – którzy raczej nie przepadają za PiS – uważają, że przedłużające się zamieszanie ma odwrócić uwagę od zamachu na sądy i ordynację wyborczą.

Teza ta, aczkolwiek chwytliwa, ma pewien minus. Nie uwzględnia ona faktu, że dla wyborców PiS zamach na sądy nie jest zamachem na sądy, lecz reformą sądownictwa, a zamach na ordynację nie jest zamachem na ordynację, lecz zaprowadzaniem porządku w PKW.

Natomiast rekonstrukcja to w oczach zwolenników PiS ruch kompletnie niezrozumiały, atak na najlepszą premier ćwierćwiecza i zastąpienie jej cokolwiek podejrzanym gościem z milionami na koncie i hipoteką obciążoną banksterstwem oraz kontaktami z PO. W tle są spekulacje o chorobie Jarosława Kaczyńskiego, plotki o dymisjach ministrów i coraz ostrzejszych konfliktach za kulisami.

Dlatego wciąż nie rozumiem, dlaczego to tyle trwa. Oraz kiedy i z jakich powodów Mateusz Morawiecki zastąpił Jarosława Kaczyńskiego w roli zmiennika Beaty Szydło.

4.12.2017
poniedziałek

Czynnik X, czyli co spowalnia rekonstrukcję rządu

4 grudnia 2017, poniedziałek,

Gdyby metafora z buldogami i dywanem nie była do cna zużyta, to właśnie od niej zacząłbym tę notkę o PiS w czasie rekonstrukcji.

Od biedy można by też zacząć od powiedzenia Andrzeja Zybertowicza, ilustrującego władzę i ograniczenia władzy prezesa: „Jarosław Kaczyński może podjąć każdą decyzję, ale nie może podjąć wszystkich decyzji”.

Ale najlepiej zacznę od wyznania, że o tym, co kryje się za przewlekaniem decyzji o zmianach w rządzie – nie mam pojęcia. Coś się jednak kryć musi. Dlaczego tak uważam?

PiS jak rządzi, każdy widzi. Jednym się podoba, inni są mniej entuzjastyczni, ale trzeba tej partii oddać, że rządzi w pewnym sensie racjonalnie. Podejmuje decyzje, które podobają się jej wyborcom lub potencjalnym wyborcom (rozdaje pieniądze, nie wpuszcza uchodźców, demontuje sądownictwo i atakuje elity), oraz unika decyzji, które jej wyborcom lub potencjalnym wyborcom się nie podobają. A jak już PiS pójdzie w tym kierunku, to potem się wycofuje (podwyżki dla posłów).

Teraz, bodaj po raz pierwszy w tej kadencji, PiS w oczywisty sposób działa wbrew swoim interesom. Od półtora miesiąca trwa dyskusja o rekonstrukcji. Padają oficjalne deklaracje, które życie weryfikuje negatywnie.

Beata Szydło mówi, że jest po słowie z Kaczyńskim, że w połowie listopada będzie po wszystkim – i nic.

Ryszard Terlecki mówi to samo – i nic.

Media – także prawicowe, a jakże – odwołały już sporą część ministrów, krążą plotki o dymisji samej Szydło. Kochający PiS tygodnik „Sieci Prawdy” zdążył już napisać:

1) że Szydło leci i będzie Kaczyński
2) że Szydło zostaje
3) że Szydło leci i będzie Mateusz Morawiecki.

Równie mocno kochająca PiS (choć gustująca w innych jego obszarach) „Gazeta Polska” skupia się na obronie Antoniego Macierewicza (przed nie wiadomo jakim, ale licznym i potężnym przeciwnikiem) i Kaczyńskiego (przed „Sieciami Prawdy”).

Jakiś wajchowy zagościł w prorządowych mediach i poprzestawiał zwrotnice. Na bocznicy wylądowały teksty chwalące rząd, na łamy wjechały pełne troski artykuły o przyszłości dobrej zmiany.

Wyborcy już to zaczynają czuć, czego dowodzą pierwsze spadki w sondażach. Nastroje są gorsze, zaufanie topnieje, poparcie się kurczy.

I tak wracam do pytania z początku notki – co się za tym kryje? Dlaczego Kaczyński tak zwleka z ogłoszeniem (a może podjęciem) decyzji, ożywiając niezliczone spekulacje? Co jest czynnikiem spowalniającym rekonstrukcję?

Na szybko przychodzą do głowy trzy.

1) Zdrowie prezesa
2) Wahanie prezesa, wynikające ze świadomości, że premierostwo to być może droga bez powrotu
3) Potężny konflikt na zapleczu, który paraliżuje ośrodek decyzyjny.

Jeśli, drogi Czytelniku, jesteś prezesem lub wiceprezesem PiS, to byłbym wdzięczny za telefon z wyjaśnieniem.

PS Z najnowszych plotek wynika, że rekonstrukcja to kwestia kilku najbliższych dni, ale wcale tak być nie musi; a nawet jeśli tak będzie, to pytanie, dlaczego to tyle trwało, nie przestanie intrygować. Zwłaszcza jeśli Szydło przetrwa.

13.11.2017
poniedziałek

Kaczka i narodowcy

13 listopada 2017, poniedziałek,

Amerykanie mają powiedzenie, że jak coś wygląda jak kaczka, kwacze jak kaczka i chodzi jak kaczka, to pewnie jest kaczką; podobnie jest z narodowcami i rasistowskimi hasłami na ich pochodzie.

Nie ma żadnych „ekscesów” na marszu, nie ma „grup prowokatorów”, nie ma „ludzi, którzy wmieszali się w tłum niezapraszani przez organizatorów”; to jest jego paskudna natura.

Fakty są takie, że marsz organizują Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska, które to ugrupowania nazwami, hasłami i ideologią czerpią z antysemickich, zafascynowanych faszyzmem tradycji przedwojennych.

Fakty są takie, że rzecznik wszechpolaków i członek zarządu stowarzyszenia Marsz Niepodległości już po manifestacji udzielił rasistowskiego wywiadu tygodnikowi „Do Rzeczy”. Mówił, że jest za „separatyzmem rasowym” i że „Murzyn nie może być Polakiem”. Chyba przesadził ze szczerością, bo zaszczytną funkcję stracił. Mnie to wyznanie nie zaskoczyło wcale. Kaczka to kaczka, więc kwacze jak kaczka.

Nie mogę pojąć, że liczni dziennikarze podjęli retorykę PiS i powtarzają przekaz o „marginesie”, który „nie powinien przysłaniać faktu, że świętowały tysiące normalnych Polaków”. Przyzwoici ludzie nie maszerują w takim towarzystwie. Jak się żulowi da biało-czerwoną flagę, to otrzymamy nie godnego szacunku patriotę, lecz żula z biało-czerwoną flagą.

A flirt PiS z narodowcami to jeden z paskudniejszych epizodów tych rządów. Uśmiech, z jakim Mariusz Błaszczak chwalił pochód i zapewniał, że nie widział żadnych rasistowskich transparentów, zostanie w pamięci na długo. Jeszcze kiedyś PiS pożałuje, że wdał się w tę miłostkę.

11.11.2017
sobota

Coście uczynili z tą krainą

11 listopada 2017, sobota,

TVP Info wysłało pracownika, by relacjonował marsz narodowców. Pracownik po wstępnym monologu – „o tu jest pan z biało-czerwoną flagą” – spytał owego pana, jak rozumie współczesny patriotyzm.

– Żeby odsunąć żydostwo od władzy – odparł patriota. Pracownik TVP Info lekko się zmieszał, nie dopytywał, kogo konkretnie patriota miał na myśli. Ale zagadnął stojącą obok kobietę. – Cezary ma rację – odrzekła patriotka.

To jakoś tam zrozumiałe. Gdzie łatwiej o antysemitów niż na pochodzie spadkobierców zafascynowanych faszyzmem antysemickich organizacji? Gdzie łatwiej o rasistowskie transparenty o „białej Europie”?

Ale, mimo wszystko, zachowanie mediów publicznych dziwi. Przez kolejne półtorej godziny w TVP Info przewinęło się z pół tuzina komentatorów, nieodmiennie zachwyconych „radosnym patriotycznym pochodem”. Do udziału w marszu kilkakrotnie zachęcali pracownicy telewizji publicznej. Taki klimat, takie czasy, gdy finansowana przez podatników telewizja umizguje się do najbrzydszych polskich tradycji. Czasy, gdy autorytet prawicy, aparatczyk PZPR Marek Król, nazywa Jedwabne „nieistotnym fragmencikiem polskiej historii”.

To w ogóle jest smutny dzień, to święto. Bardzo uważnie słuchałem apelu pamięci na pl. Piłsudskiego. Fragment dotyczący ofiar katastrofy smoleńskiej był dłuższy niż łączne wzmianki o Piłsudskim, Dmowskim, Paderewskim, Daszyńskim, Korfantym i Witosie.

Ofiary Katynia – ponad 20 tysięcy zamordowanych – zostały wymienione raz, jako cel podróży ofiar katastrofy 10 kwietnia.

Nawet ironizować się nie chce. Trzeba przeczekać i posprzątać.

25.10.2017
środa

Trzy grosze o rekonstrukcji

25 października 2017, środa,

„Karp zabrał się za organizację Wigilii” i „Pani premier wsiadła do samochodu, żeby pokazać, że to ona prowadzi, ale kluczyki ma tata” – takie dwa żartobliwe komentarze usłyszałem od ważnych dobrozmianowych polityków w reakcji na wywiad z Beatą Szydło w TVN 24. Pani premier wystąpiła tam dzień po ukazaniu się tygodnika „Sieci Prawdy”, w którym duet Robert Mazurek i Igor Zalewski napisał, że Szydło leci, a Jarosław Kaczyński nadlatuje.

Odłóżmy na bok zabawną paradoksalność sytuacji, w której Szydło idzie do znienawidzonej w PiS telewizji, żeby dementować informacje kochającego ją tygodnika. Paradoksalność to zresztą raczej pozorna, bo wywiad w TVN prowadził ceniony na prawicy Bogdan Rymanowski, a rubryka Mazurka i Zalewskiego – cokolwiek o niej mówić – jest niekontrolowalna. Inni publicyści „Sieci Prawdy” rzucili się zresztą Szydło na pomoc, uciekając się do makabrycznych nieraz sformułowań („Ktoś ma duży apetyt na nową potrawę partyjną, ugotowaną na politycznym trupie Beaty Szydło”).

Ale wróćmy do ad remu. Szydło nie tylko zapowiedziała rekonstrukcję, ale i jej termin („za kilkanaście dni”) dzień po sugestii Adama Bielana, że na zmiany w rządzie przyjdzie poczekać do grudnia. Jest to, tłumaczą moi dwaj rozmówcy, ruch doskonale pozorny. Władza pani premier po wywiadzie w TVN 24 jest identyczna jak przed wywiadem. Innymi słowy, pani premier może odwołać dowolnego ministra, jeśli poprosi o to Kaczyński, nie może odwołać nikogo, jeśli nie poprosi o to Kaczyński i może zachować stanowisko, jeśli tak zechce Kaczyński.

Nawiasem mówiąc, Nowogrodzka dojrzewa chyba do myśli (słusznej zresztą), że rozziew między rzeczywistością (w której decyduje prezes) a konstytucją (w której rządzi premier) robi się przesadnie duży. Ministrowie biegający z byle sporem do Kaczyńskiego niszczą autorytet szefa rządu, co na dłuższą metę jest dla państwa rujnujące. A mamy przecież do czynienia z ekipą państwowców.

Kaczyński nie chce fotela premiera, ale jako wychowanek Wałęsy wie, że czasem się nie chce, a musi.

Zwłaszcza po prezydenckich wetach, które trochę zamazały obraz przywództwa na prawicy.

A co z ministrami? Jeśli Kaczyński wejdzie do gry, zmian będzie więcej. Całkiem nie wykluczałbym nawet dymisji Antoniego Macierewicza, którego ostatnio dopadł straszny pech, bo a to aneksu WSI się nie publikuje, a to przyjaciel traci stołek, a to Smoleńsk jest wygaszany itd.

Kilku ministrów padnie tak czy inaczej. Nie będę oryginalny, nazwiska się powtarzają – Andrzej Adamczyk, Anna Streżyńska, Witold Waszczykowski, pewnie Jan Szyszko. Podobno ratuje się Krzysztof Jurgiel. Ale to stan wiedzy na dziś. Rząd przed swoją drugą rocznicę zafundował nam wiele dni spekulacji.

12.10.2017
czwartek

Ja jako postkomunista

12 października 2017, czwartek,

Gdyby komentatorzy dostawali jakiś odpowiednik nagrody Darwina za samobójcze teksty, duże szanse miałby Wojciech Mucha z „Gazety Polskiej” za felieton „Jak czerwoni Zagładą walczą z IPN” (Co to w ogóle za tytuł? Po jakiemu to jest?).

Rzecz wymaga krótkiego wprowadzenia. W „GP” ukazał się dodatek historyczny o tym, jak Polacy pomagali Żydom za okupacji. Artykuł napisał dr hab. Tomasz Panfil z IPN, spec od historii kultury staropolskiej. Przejrzałem jego dorobek. Proszę mi wierzyć, gdybym chciał poszerzyć wiedzę o średniowiecznych żetonach na ziemiach polskich bądź najstarszych symbolach heraldycznych – waliłbym do niego jak w dym.

Z II wojną sprawy mają się niestety inaczej; dr Panfil albo nie ma o niej pojęcia, albo pisze tak, żeby zrobić przyjemność PiS i „Gazecie Polskiej”.

„Po agresji Niemiec na Polskę sytuacja Żydów nie wyglądała bardzo źle” – ocenił. Przyznał, że Żydzi mogli liczyć się z pewnymi niedogodnościami („władze okupacyjne objęły ich nakazem pracy, nakazały noszenie opasek z gwiazdą Dawida, obciążyły potężnymi podatkami, rozpoczęły wyznaczanie stref tylko dla Żydów”), ale i zauważył, że Niemcy pozwolili tworzyć organy samorządu, czyli Judenraty. Na tym tle Polacy mieli gorzej; Niemcy pozbawili ich „wszelkiej możliwości organizowania się” i „już w październiku zaczęli przeprowadzać masowe egzekucje mające na celu eksterminację polskich elit”.

No więc to jest po prostu kłamstwo. Już we wrześniu 1939 r. dochodziło do masakr polskich Żydów. Niemcy wymordowali kilkuset Żydów w Będzinie, kilkudziesięciu w Trzebini, po kilkuset w Dynowie i Przemyślu. Mordom towarzyszyły rabunki, palenie synagog i żydowskich sklepów. Już na początku października 1939 r. powstało pierwsze getto – w Piotrkowie Trybunalskim, a w grudniu po rozstrzelaniu kilkuset Żydów Bydgoszcz została ogłoszona miastem „Judenfrei”.

Dalej dr Panfil pisał o Holokauście oraz polskiej akcji pomocy Żydom, Żegocie, Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. „Spontaniczna, chrześcijańska i sąsiedzka pomoc udzielana Żydom była powszechna” – napisał. Znów kłamstwo, chyba że nastąpiła zmiana normy językowej i słowo „powszechna” nie znaczy już, jak do niedawna, „dotycząca wszystkich, wszystkiego”, lecz „wyjątkowa”. W cukierkowej wizji nie zmieściło się Jedwabne, szabrownicy i wspominany często przez polskich Sprawiedliwych strach przed polskimi sąsiadami. Nie zmieściła się obojętność większości. Zmieścili się mordowani przez Niemców Żydzi i heroiczni Polacy.

Na braki faktograficzne tekstu dr. Panfila zwróciłem uwagę na Twitterze. W obronie autora stanął wspomniany Wojciech Mucha, ciężkie wytaczając działa: Postkomuniści użyją każdego narzędzia, aby uderzyć w znienawidzony IPN. Nawet, jeśli narzędziem ma być pamięć o zagładzie Żydów i Polakach, ryzykujących wszystko, by im pomóc”.

Ja jako postkomunista, to doprawdy zabawne; w takiej roli wystąpiłem po raz pierwszy i czuję się dość nieswojo. Dziękuję również autorowi za przypomnienie, że Polakom ratujący Żydów groziła kara śmierci. Tak się składa, że wśród Sprawiedliwych jest moja prababcia oraz mój dziadek i w tej działce mam pewne rozeznanie.

Mucha pisze o „wyjątkowo paskudnej konstrukcji”, „zapiekłości” Adama Szostkiewicza z „Polityki” (który także skrytykował dr. Panfila), „rozpętanej (przeze mnie) histerii”, „wyrywaniu z kontekstu”.

Los bywa jednak przewrotny i cała ta tyrada obróciła się przeciw biednemu Musze, bo oto ten tak pięknie broniony przez niego przed postkomunistami IPN wydał komunikat, w którym odcina się od dr. Panfila. Przytaczam z przyjemnością:

„W związku z tezami zawartymi w artykule dr. hab. Tomasza Panfila w tygodniku „Gazeta Polska” IPN oświadcza, że przedstawione tam sformułowania nie są w żadnym wypadku zgodne ze stanowiskiem IPN ani ze stanem wiedzy naukowej na temat sytuacji ludności żydowskiej na ziemiach polskich po 1 września 1939 r. Tematyka ta należy do najważniejszego obszaru badań historycznych prowadzonych przez pracowników IPN i od siedemnastu lat stanowi jedno z głównych zagadnień podejmowanych przez Instytut. Kierownictwo IPN oczekuje, że dr hab. Tomasz Panfil w ramach działalności naukowej i publicystycznej wykazywać będzie należytą staranność i przestrzegać będzie zasad rzetelności naukowej i badawczej”.

A Mucha zaliczył piękny nokaut. Autonokaut.

css.php