Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce

13.11.2017
poniedziałek

Kaczka i narodowcy

13 listopada 2017, poniedziałek,

Amerykanie mają powiedzenie, że jak coś wygląda jak kaczka, kwacze jak kaczka i chodzi jak kaczka, to pewnie jest kaczką; podobnie jest z narodowcami i rasistowskimi hasłami na ich pochodzie.

Nie ma żadnych „ekscesów” na marszu, nie ma „grup prowokatorów”, nie ma „ludzi, którzy wmieszali się w tłum niezapraszani przez organizatorów”; to jest jego paskudna natura.

Fakty są takie, że marsz organizują Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska, które to ugrupowania nazwami, hasłami i ideologią czerpią z antysemickich, zafascynowanych faszyzmem tradycji przedwojennych.

Fakty są takie, że rzecznik wszechpolaków i członek zarządu stowarzyszenia Marsz Niepodległości już po manifestacji udzielił rasistowskiego wywiadu tygodnikowi „Do Rzeczy”. Mówił, że jest za „separatyzmem rasowym” i że „Murzyn nie może być Polakiem”. Chyba przesadził ze szczerością, bo zaszczytną funkcję stracił. Mnie to wyznanie nie zaskoczyło wcale. Kaczka to kaczka, więc kwacze jak kaczka.

Nie mogę pojąć, że liczni dziennikarze podjęli retorykę PiS i powtarzają przekaz o „marginesie”, który „nie powinien przysłaniać faktu, że świętowały tysiące normalnych Polaków”. Przyzwoici ludzie nie maszerują w takim towarzystwie. Jak się żulowi da biało-czerwoną flagę, to otrzymamy nie godnego szacunku patriotę, lecz żula z biało-czerwoną flagą.

A flirt PiS z narodowcami to jeden z paskudniejszych epizodów tych rządów. Uśmiech, z jakim Mariusz Błaszczak chwalił pochód i zapewniał, że nie widział żadnych rasistowskich transparentów, zostanie w pamięci na długo. Jeszcze kiedyś PiS pożałuje, że wdał się w tę miłostkę.

11.11.2017
sobota

Coście uczynili z tą krainą

11 listopada 2017, sobota,

TVP Info wysłało pracownika, by relacjonował marsz narodowców. Pracownik po wstępnym monologu – „o tu jest pan z biało-czerwoną flagą” – spytał owego pana, jak rozumie współczesny patriotyzm.

– Żeby odsunąć żydostwo od władzy – odparł patriota. Pracownik TVP Info lekko się zmieszał, nie dopytywał, kogo konkretnie patriota miał na myśli. Ale zagadnął stojącą obok kobietę. – Cezary ma rację – odrzekła patriotka.

To jakoś tam zrozumiałe. Gdzie łatwiej o antysemitów niż na pochodzie spadkobierców zafascynowanych faszyzmem antysemickich organizacji? Gdzie łatwiej o rasistowskie transparenty o „białej Europie”?

Ale, mimo wszystko, zachowanie mediów publicznych dziwi. Przez kolejne półtorej godziny w TVP Info przewinęło się z pół tuzina komentatorów, nieodmiennie zachwyconych „radosnym patriotycznym pochodem”. Do udziału w marszu kilkakrotnie zachęcali pracownicy telewizji publicznej. Taki klimat, takie czasy, gdy finansowana przez podatników telewizja umizguje się do najbrzydszych polskich tradycji. Czasy, gdy autorytet prawicy, aparatczyk PZPR Marek Król, nazywa Jedwabne „nieistotnym fragmencikiem polskiej historii”.

To w ogóle jest smutny dzień, to święto. Bardzo uważnie słuchałem apelu pamięci na pl. Piłsudskiego. Fragment dotyczący ofiar katastrofy smoleńskiej był dłuższy niż łączne wzmianki o Piłsudskim, Dmowskim, Paderewskim, Daszyńskim, Korfantym i Witosie.

Ofiary Katynia – ponad 20 tysięcy zamordowanych – zostały wymienione raz, jako cel podróży ofiar katastrofy 10 kwietnia.

Nawet ironizować się nie chce. Trzeba przeczekać i posprzątać.

25.10.2017
środa

Trzy grosze o rekonstrukcji

25 października 2017, środa,

„Karp zabrał się za organizację Wigilii” i „Pani premier wsiadła do samochodu, żeby pokazać, że to ona prowadzi, ale kluczyki ma tata” – takie dwa żartobliwe komentarze usłyszałem od ważnych dobrozmianowych polityków w reakcji na wywiad z Beatą Szydło w TVN 24. Pani premier wystąpiła tam dzień po ukazaniu się tygodnika „Sieci Prawdy”, w którym duet Robert Mazurek i Igor Zalewski napisał, że Szydło leci, a Jarosław Kaczyński nadlatuje.

Odłóżmy na bok zabawną paradoksalność sytuacji, w której Szydło idzie do znienawidzonej w PiS telewizji, żeby dementować informacje kochającego ją tygodnika. Paradoksalność to zresztą raczej pozorna, bo wywiad w TVN prowadził ceniony na prawicy Bogdan Rymanowski, a rubryka Mazurka i Zalewskiego – cokolwiek o niej mówić – jest niekontrolowalna. Inni publicyści „Sieci Prawdy” rzucili się zresztą Szydło na pomoc, uciekając się do makabrycznych nieraz sformułowań („Ktoś ma duży apetyt na nową potrawę partyjną, ugotowaną na politycznym trupie Beaty Szydło”).

Ale wróćmy do ad remu. Szydło nie tylko zapowiedziała rekonstrukcję, ale i jej termin („za kilkanaście dni”) dzień po sugestii Adama Bielana, że na zmiany w rządzie przyjdzie poczekać do grudnia. Jest to, tłumaczą moi dwaj rozmówcy, ruch doskonale pozorny. Władza pani premier po wywiadzie w TVN 24 jest identyczna jak przed wywiadem. Innymi słowy, pani premier może odwołać dowolnego ministra, jeśli poprosi o to Kaczyński, nie może odwołać nikogo, jeśli nie poprosi o to Kaczyński i może zachować stanowisko, jeśli tak zechce Kaczyński.

Nawiasem mówiąc, Nowogrodzka dojrzewa chyba do myśli (słusznej zresztą), że rozziew między rzeczywistością (w której decyduje prezes) a konstytucją (w której rządzi premier) robi się przesadnie duży. Ministrowie biegający z byle sporem do Kaczyńskiego niszczą autorytet szefa rządu, co na dłuższą metę jest dla państwa rujnujące. A mamy przecież do czynienia z ekipą państwowców.

Kaczyński nie chce fotela premiera, ale jako wychowanek Wałęsy wie, że czasem się nie chce, a musi.

Zwłaszcza po prezydenckich wetach, które trochę zamazały obraz przywództwa na prawicy.

A co z ministrami? Jeśli Kaczyński wejdzie do gry, zmian będzie więcej. Całkiem nie wykluczałbym nawet dymisji Antoniego Macierewicza, którego ostatnio dopadł straszny pech, bo a to aneksu WSI się nie publikuje, a to przyjaciel traci stołek, a to Smoleńsk jest wygaszany itd.

Kilku ministrów padnie tak czy inaczej. Nie będę oryginalny, nazwiska się powtarzają – Andrzej Adamczyk, Anna Streżyńska, Witold Waszczykowski, pewnie Jan Szyszko. Podobno ratuje się Krzysztof Jurgiel. Ale to stan wiedzy na dziś. Rząd przed swoją drugą rocznicę zafundował nam wiele dni spekulacji.

12.10.2017
czwartek

Ja jako postkomunista

12 października 2017, czwartek,

Gdyby komentatorzy dostawali jakiś odpowiednik nagrody Darwina za samobójcze teksty, duże szanse miałby Wojciech Mucha z „Gazety Polskiej” za felieton „Jak czerwoni Zagładą walczą z IPN” (Co to w ogóle za tytuł? Po jakiemu to jest?).

Rzecz wymaga krótkiego wprowadzenia. W „GP” ukazał się dodatek historyczny o tym, jak Polacy pomagali Żydom za okupacji. Artykuł napisał dr hab. Tomasz Panfil z IPN, spec od historii kultury staropolskiej. Przejrzałem jego dorobek. Proszę mi wierzyć, gdybym chciał poszerzyć wiedzę o średniowiecznych żetonach na ziemiach polskich bądź najstarszych symbolach heraldycznych – waliłbym do niego jak w dym.

Z II wojną sprawy mają się niestety inaczej; dr Panfil albo nie ma o niej pojęcia, albo pisze tak, żeby zrobić przyjemność PiS i „Gazecie Polskiej”.

„Po agresji Niemiec na Polskę sytuacja Żydów nie wyglądała bardzo źle” – ocenił. Przyznał, że Żydzi mogli liczyć się z pewnymi niedogodnościami („władze okupacyjne objęły ich nakazem pracy, nakazały noszenie opasek z gwiazdą Dawida, obciążyły potężnymi podatkami, rozpoczęły wyznaczanie stref tylko dla Żydów”), ale i zauważył, że Niemcy pozwolili tworzyć organy samorządu, czyli Judenraty. Na tym tle Polacy mieli gorzej; Niemcy pozbawili ich „wszelkiej możliwości organizowania się” i „już w październiku zaczęli przeprowadzać masowe egzekucje mające na celu eksterminację polskich elit”.

No więc to jest po prostu kłamstwo. Już we wrześniu 1939 r. dochodziło do masakr polskich Żydów. Niemcy wymordowali kilkuset Żydów w Będzinie, kilkudziesięciu w Trzebini, po kilkuset w Dynowie i Przemyślu. Mordom towarzyszyły rabunki, palenie synagog i żydowskich sklepów. Już na początku października 1939 r. powstało pierwsze getto – w Piotrkowie Trybunalskim, a w grudniu po rozstrzelaniu kilkuset Żydów Bydgoszcz została ogłoszona miastem „Judenfrei”.

Dalej dr Panfil pisał o Holokauście oraz polskiej akcji pomocy Żydom, Żegocie, Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. „Spontaniczna, chrześcijańska i sąsiedzka pomoc udzielana Żydom była powszechna” – napisał. Znów kłamstwo, chyba że nastąpiła zmiana normy językowej i słowo „powszechna” nie znaczy już, jak do niedawna, „dotycząca wszystkich, wszystkiego”, lecz „wyjątkowa”. W cukierkowej wizji nie zmieściło się Jedwabne, szabrownicy i wspominany często przez polskich Sprawiedliwych strach przed polskimi sąsiadami. Nie zmieściła się obojętność większości. Zmieścili się mordowani przez Niemców Żydzi i heroiczni Polacy.

Na braki faktograficzne tekstu dr. Panfila zwróciłem uwagę na Twitterze. W obronie autora stanął wspomniany Wojciech Mucha, ciężkie wytaczając działa: Postkomuniści użyją każdego narzędzia, aby uderzyć w znienawidzony IPN. Nawet, jeśli narzędziem ma być pamięć o zagładzie Żydów i Polakach, ryzykujących wszystko, by im pomóc”.

Ja jako postkomunista, to doprawdy zabawne; w takiej roli wystąpiłem po raz pierwszy i czuję się dość nieswojo. Dziękuję również autorowi za przypomnienie, że Polakom ratujący Żydów groziła kara śmierci. Tak się składa, że wśród Sprawiedliwych jest moja prababcia oraz mój dziadek i w tej działce mam pewne rozeznanie.

Mucha pisze o „wyjątkowo paskudnej konstrukcji”, „zapiekłości” Adama Szostkiewicza z „Polityki” (który także skrytykował dr. Panfila), „rozpętanej (przeze mnie) histerii”, „wyrywaniu z kontekstu”.

Los bywa jednak przewrotny i cała ta tyrada obróciła się przeciw biednemu Musze, bo oto ten tak pięknie broniony przez niego przed postkomunistami IPN wydał komunikat, w którym odcina się od dr. Panfila. Przytaczam z przyjemnością:

„W związku z tezami zawartymi w artykule dr. hab. Tomasza Panfila w tygodniku „Gazeta Polska” IPN oświadcza, że przedstawione tam sformułowania nie są w żadnym wypadku zgodne ze stanowiskiem IPN ani ze stanem wiedzy naukowej na temat sytuacji ludności żydowskiej na ziemiach polskich po 1 września 1939 r. Tematyka ta należy do najważniejszego obszaru badań historycznych prowadzonych przez pracowników IPN i od siedemnastu lat stanowi jedno z głównych zagadnień podejmowanych przez Instytut. Kierownictwo IPN oczekuje, że dr hab. Tomasz Panfil w ramach działalności naukowej i publicystycznej wykazywać będzie należytą staranność i przestrzegać będzie zasad rzetelności naukowej i badawczej”.

A Mucha zaliczył piękny nokaut. Autonokaut.

9.10.2017
poniedziałek

Czy leci z nami premier

9 października 2017, poniedziałek,

Minął tydzień od wywiadu Jarosława Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej”, w którym szef PiS zaoferował Andrzejowi Dudzie targ: w zamian za odpuszczenie polityki wewnętrznej dostanie politykę zagraniczną. Kaczyński – będąc poza rządem, formalnie z pozycji szeregowego posła – proponuje polityczną umowę rządu z prezydentem. Pytanie, czy uzgodnił to z Beatą Szydło, należy do kategorii retorycznych.

Ale pani premier nawet nie skomentowała tej oferty. Znalazła czas na gratulacje dla polskich piłkarzy, wsparła krucjatę różańcową, złożyła rutynowy hołd Kaczyńskiemu („Gratulując wszystkim Polakom, pragnę przede wszystkim podziękować liderowi naszego środowiska premierowi Kaczyńskiemu za upór oraz determinację, z jaką walczył i prowadził obóz dobrej zmiany do zwycięstwa. Dziękuję, że jest on dziś gwarantem stabilności i jedności politycznego zaplecza dla rządu”) i podzieliła się z nami swoimi kłopotami ze wzrokiem („nie dostrzegam złych relacji między prezydentem a szefem MON”).

To niesamowite, jak bardzo można nie istnieć, będąc premierem. I to premierem w państwie, w którym szef rządu jest tak silnie umocowany.

2.10.2017
poniedziałek

W rocznicę kapitulacji powstania

2 października 2017, poniedziałek,

Skoro już czcimy klęski, róbmy to porządnie. To 2 października winniśmy w sposób szczególny pamiętać o powstaniu warszawskim, to powinien być dzień przestrogi. Ale dziś, w rocznicę zagłady miasta, nie wyją syreny i pewnie mało kto pamięta, co to za dzień. Jeśli wierzyć Google, to zainteresowanie hasłem „powstanie warszawskie” jest teraz 15 razy mniejsze niż w okolicach 1 sierpnia.

2 października 1944 r. Morze ruin i ok. 150 tys. martwych mieszkańców miasta, cywilów, których dwa miesiące wcześniej nikt nie pytał, czy byli gotowi umrzeć. Kilkanaście tysięcy poległych powstańców, przetrzebiona elita.

Klęska militarna, klęska polityczna. Nie było w mocy AK pokonanie Niemców ani odwrócenie polityki wielkich mocarstw. Kierownictwo powstania – jak mówił Jan Nowak-Jeziorański – było zupełnie oderwane od rzeczywistości.

Im więcej o powstaniu czytam, tym mniej we mnie zrozumienia dla jego pomysłodawców. I tym bardziej zgadzam się z gen. Władysławem Andersem czy Wiesławem Chrzanowskim.

Opór zbrojny ma czasem sens, gdy jest szansa na zwycięstwo (jak w Wielkopolsce 1918 r.), gdy jest nadzieja na pomoc sojuszników (jak we wrześniu 1939 r.), gdy nie ma nadziei żadnej (jak w getcie w 1943 r.). Powstanie 1944 r. nie mieści się w żadnej z tych kategorii.

Im jestem starszy, tym mniej podoba mi się to powstanie. A jeszcze mniej jego bezrefleksyjny kult.

22.09.2017
piątek

Notka dla miłośników teorii spiskowych

22 września 2017, piątek,

Piszę tę notkę na gorąco, jeszcze przed spotkaniem Jarosława Kaczyńskiego z Andrzejem Dudą, więc nie wiem, jak rozwinie się dzień. Na razie rozwija się nader interesująco.

Uwaga porządkująca na wstępie: są tacy, którzy wierzą, że zainteresowanie podwładnych Zbigniewa Ziobry Michałem Królikowskim pozostaje bez związku z faktem, że Michał Królikowski współpisał ustawę tegoż Ziobrę osłabiającą oraz krytykował poprzednią ustawę Ziobrę wzmacniającą. To nie jest tekst dla takich ludzi. Apeluję o trochę wiary w teorię spiskową.

Jak z tego punktu widzenia wyglądają sprawy?

1) Mamy wojnę Ziobry z Dudą.

2) Mamy wojnę Antoniego Macierewicza z Dudą.

3) Mamy zapewnienia o porozumieniu Kaczyńskiego z Dudą.

Na dłuższą metę to nie do pogodzenia. Nie będzie PRAWDZIWEGO porozumienia Pałacu z Nowogrodzką, jeśli prezes nie zdyscyplinuje ministrów. Bo cóż prezydentowi po zapewnieniach, że Kaczyński szanuje jego z nagła nabytą podmiotowość, jeśli potem podwładni Kaczyńskiego sobie po prezydencie hasają jak chcą? Skądinąd osobiście niespecjalnie wierzę w zgodę prezesa z prezydentem, choćby z uwagi na brak zaufania, skonfliktowane otoczenia i rozbieżne interesy.

Sprawy zaszły tak daleko, że jedynym akceptowalnym przez Dudę rozwiązaniem byłyby dymisje Ziobry i Macierewicza. To zaś pociągnęłoby za sobą wojnę na prawicy i PiS mógłby zapomnieć o samodzielnej większości.

Ale brak kary dla ministrów oznacza konflikt z prezydentem, który przyniósłby efekty bliźniacze do wojny z jastrzębiami.

Jakimś wyjściem byłaby dymisja premiera i budowa nowego rządu, ale to też byłaby niełatwa operacja. Pośrednie rozwiązania – wymuszenie pojednawczych gestów Macierewicza i Ziobry wobec Dudy – pomoże tylko na krótką metę.

Kaczyński, mimo doskonałych sondaży, znalazł się w trudnej sytuacji. Prezydenckie weta obudziły w obozie władzy demony ambicji. Zjednoczona prawica rozłazi się w szwach.

 

14.09.2017
czwartek

PiS zapłaci za billboardy więcej, niż myśli

14 września 2017, czwartek,

Przypomina się przy okazji afery billboardowej stary dowcip.

– Chłopcy, nie sikajcie do basenu.
– Ale wszyscy wokół sikają.
– Ale tylko wy z trampoliny.

Utwierdzam się w przekonaniu, że skandal z tą kampanią w ostatecznym rozrachunku będzie kosztował PiS więcej niż te kilka czy kilkanaście milionów złotych (na dokładne rachunki przyjdzie nam jeszcze poczekać). Żadna partia nie doiła spółek tak ostentacyjnie, jak czyni to PiS.

Stała się przy tym rzecz dziwna – opozycja wyprowadziła kilka celnych ciosów, powstał dobry spot PO. A PiS się gubi, czego znakiem jest chaos informacyjny.

„Ani rząd, ani PiS nie ma nic wspólnego z kampanią billboardową dotyczącą sądownictwa” – powiedział wiceminister sprawiedliwości (i członek klubu parlamentarnego PiS) Michał Wójcik.

„Rząd RP musiał podjąć pewne działania, także o charakterze medialnym, aby tę histerię zrównoważyć i uspokoić. Poza tym wszystko jest zgodne z prawem, fundacja narodowa jest od tego, aby jedną z najważniejszych spraw narodowych podjąć” – ogłosił wicemarszałek Ryszard Terlecki.

Uprzejmie proszę stosowne czynniki o wyjaśnienie, kto kłamie: wiceminister sprawiedliwości czy wicemarszałek Sejmu.

28.08.2017
poniedziałek

PiS wcale nie ma problemu krótkiej ławki

28 sierpnia 2017, poniedziałek,

Ze wszystkich ataków na PiS najbardziej chybiony i niesprawiedliwy wydaje mi się zarzut krótkiej ławki. Rekonstrukcja rządu – czytam tu czy tam – to pomysł, owszem, świetny i odświeżający, no ale ten deficyt kadr…

Za tym zarzutem kryją się dwa założenia co najmniej dyskusyjne.

Po pierwsze, że na ławce rezerwowej PiS siedzą politycy słabsi od tych na pierwszej linii frontu. A w czym niby Arkadiusz Mularczyk gorszy byłby od, dajmy na to, Witolda Waszczykowskiego? W niczym nie byłby gorszy. W licytacji na najgłupszą reakcję na słowa Macrona obaj wysforowali się na czoło stawki. Nie godzi się mnie rozstrzygać, czy śmieszniejsza była groźba bojkotu francuskich produktów (Mularczyk) czy też ocena, że Francuzi nie są w stanie konkurować z polską gospodarką (Waszczykowski). Czy Mularczyk strzelałby gafy jako szef MSZ? Zapewne tak, ale fizycznie nie da się strzelać ich więcej, niż czyni to nasz obecny Metternich.

Druga sprawa jest jeszcze grubsza, bo zarzut krótkiej ławki wiąże się z tezą, że PiS dba o jakość kadr. Mocno to krzywdzące dla partii, która ministrem środowiska uczyniła Jana Szyszkę, ministrem edukacji – Annę Zalewską, a obronę powierzyła Antoniemu Macierewiczowi.

Fakt, że wiceministrem sprawiedliwości jest Patryk Jaki – lansujący się na Twitterze marzeniem o karze śmierci i torturach dla gwałcicieli Polki – obala wszelkie argumenty o „krótkiej ławce”. Byle hejter mógłby z powodzeniem zastąpić Jakiego, bez żadnej szkody dla polskiego wymiaru sprawiedliwości, choć sceptyk wtrąciłby tu, że i bez żadnego pożytku.

24.08.2017
czwartek

Coraz starsi mistrzowie

24 sierpnia 2017, czwartek,

31-letni Nadal zmienił na prowadzeniu w rankingu ATP 30-letniego Murraya; trzeci jest 36-letni Federer. Nic więc dziwnego, że przed US Open, a po Wimbledonie naszła mnie chęć, by napisać o tym, jak przesunęła się granica starości w tenisie.

W raptem 20 lat dokonała się zmiana fundamentalna. Po Wimbledonie w 1997 r. – to nieodległe przecież czasy Samprasa, Changa, Mustera – w pierwszej setce ATP było tylko pięciu tenisistów w wieku 30+. Najstarszy miał 31 lat.

W 2002 r. trzydziestolatków było 11, najstarszy w pierwszej setce miał 33 lata.

Dekadę temu trzydziestolatków było już 14, seniorem był 35-latek.

Teraz, w ostatnim zestawieniu przed US Open, trzydziestolatków jest aż 42, najstarszy Ivo Karlovic ma 38 lat.

Średnia wieku pierwszej setki w ciągu 20 lat podniosła się o prawie 3,5 roku. Nastolatków nie było wielu i w latach 90., ale graczy w przedziale 20-25 lat ubyło z 57 do zaledwie 21.

Dlaczego tak się dzieje, to temat na większy tekst. Sportowa długowieczność, osiągana coraz doskonalszym treningiem, dietą itp. to ta fajniejsza strona medalu, ale jest i ta brzydsza prawda – młodzi są coraz słabsi, ewentualnie jest ich mniej na starcie, więc i mniej przebija się do czołówki.

Sampras, Becker, Edberg, Chang, Nadal zdobywali swoje pierwsze tytuły wielkoszlemowe przed dwudziestką. Agassi, Federer i Djokovic – krótko po osiągnięciu tego wieku.

Teraz fani zmiany pokoleniowej cieszą się nową generacją – Thiemem (23 lata), Zverevem (20 lat), Kyrgiosem (22 lata). Potrafią w pojedynczych meczach wygrywać z największymi – starszymi od nich o jakąś dekadę – ale żaden z nich nie był nawet w finale wielkiego szlema; najdalej, bo dwa razy do półfinału Rolanda Garrosa dotarł Thiem.

Ciekawe, jak młodzi poradzą sobie w US Open. Czy wyszarpią tytuł Federerowi lub Nadalowi, czy też będą musieli bezsilni czekać, aż najwięksi skończą karierę. Co, nawiasem mówiąc, przypomina trochę sytuację w polskiej polityce.

css.php