Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce

19.10.2018
piątek

Patryk Jaki

Wyścig żółwi i ślimaków, czyli nasza piękna kampania

19 października 2018, piątek,

Alfabet kampanii z tego nie wyjdzie, to raczej luźne spostrzeżenia spisywane na szybko przed ciszą wyborczą (instytucja anachroniczna, którą sobie z egoistycznych pobudek niesłychanie cenię).

Żółwie i ślimaki. Polityk prawicy starcie PiS z Koalicją Obywatelską nazwał wyścigiem żółwi. Kampania PiS pod koniec wygląda naprawdę dziwnie, znikąd pojawił się (i równie szybko zaniknął) obrzydliwy spot straszący, że jak opozycja weźmie samorząd, to nastanie terroryzm islamski i przemoc seksualna. Jeśli PiS chciał w ten sposób zmobilizować wyborców PO i Nowoczesnej, to cel osiągnął.

Koalicja Obywatelska na odwrót – finiszuje całkiem udanie, za to wcześniej była jak pijane dzieci we mgle; liderzy sprawiali wrażenie, jakby nie mieli pojęcia, jakie jest (jeśli jest) stanowisko KO w tej czy innej sprawie. Skądinąd Koalicja naprawdę imponuje, prąc do wyborów bez programu wyborczego, bo ta garść ogólników podlana antypisowskim sosem na miano programu na pewno nie zasługuje.

Żółwie miałyby problem, tyle że ścigają się z nimi ślimaki. Ani SLD, ani Kukiz ’15 nie błyszczą w tej kampanii. PSL, owszem walczy zażarcie, ale straty w porównaniu z dziwnymi wyborami 2014 r. będą tak wielkie, że wrażenie klęski jest nieuniknione.

Załamanie kampanii Jakiego. Pięknie żarło, ale zdechło. Szans Patryka Jakiego na prezydenturę od początku należało szukać pod mikroskopem – i to jakimś profesjonalnym – ale dłuższy czas zanosiło się na wyrównaną walkę w I turze. A teraz nawet w TVP Info (bez nerwów, o telewizji publicznej jeszcze będzie) z pewnym zadziwieniem informują o wyraźnej przewadze Rafała Trzaskowskiego, choć eksperci o nieznanych nazwiskach uspokajają, że Jaki dopiero się rozpędza i wygra w II turze. No ale chyba nie wygra, a sukcesem będzie poprawienie wyniku Jacka Sasina (41 proc. w II rundzie).

W ostatnim tygodniu coś się zaczęło w kampanii rozłazić, sprinter zaczął wpadać na płotki zamiast je przeskakiwać. Jaki przestał być ambitnym chłopakiem z sąsiedztwa i poszedł w przekaz „rząd da pieniądze, jak ja będę prezydentem”. No tak się stolicy nie uwodzi. A Trzaskowski? W ostatnich dniach jakby sobie przypomniał, że w kampanie to on umie.

Sejmiki poza radarem. Nie liczyłem tego oczywiście, ale śledzę programy informacyjne i odnoszę wrażenie, że o Jakim, Trzaskowskim i gromadzie innych potencjalnych prezydentów w pozostałych dużych miastach jest dużo więcej niż o znacznie ważniejszych wyborach do sejmików. W metropoliach mieszka kilkanaście proc. Polaków, prawdziwą siłę partii pokaże głosowanie sejmikowe. A jego wynik jest w gruncie rzeczy kompletnie nieprzewidywalny, poza takimi oczywistościami, że PiS wygra z poparciem w widełkach 30-40 proc., druga będzie KO z wynikiem 20-30 proc., a trzecie PSL. I że zdecydowana większość sejmików pozostanie w rękach PO-PSL z epizodycznym udziałem innych graczy. Cel PiS, o którym mówił Jarosław Kaczyński – samodzielna większość w 4-5 sejmikach – mocno się oddalił w końcówce kampanii.

Sondaże są niedoskonałe, wielu wyborców jest niezdecydowanych, realna popularność PSL na poziomie lokalnym – niezgłębiona. Ostatnie badania przyniosły zwyżkę notowań Bezpartyjnych Samorządowców, ale czy to się przełoży na mandaty radnych? Jeśli tak, to PiS zyskuje potencjalnego koalicjanta (i to nie tylko w sejmikach).

Ziobro i kij w szprychy PiS. Jeśli obóz władzy będzie musiał szukać winnego niepowodzeń, to Zbigniew Ziobro wskaże na Mateusza Morawieckiego (bo nagrania), a Morawiecki – na Ziobrę. Minister sprawiedliwości, narzekają w PiS, nie tylko nie pomagał w kampanii, lecz i na koniec jej zaszkodził wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności jednego z przepisów traktatu o funkcjonowaniu Unii. Opozycja mogła dzięki temu mówić o Polexicie, mobilizując swoich zwolenników. Po 4 listopada przyjdzie czas rozliczeń. Wiele wskazuje, że kampanii nie będzie dobrze wspominał szef sztabu Tomasz Poręba. No i ciekawe, czy w spodziewanej rekonstrukcji rządu Morawiecki będzie meblującym czy meblowanym. Dymisja premiera wydaje się dziś mało prawdopodobna, ale z kampanii wychodzi mocno poobijany.

TVP. Wszelkie rozważania o telewizji publicznej są utrudnione, bo unikam wulgaryzmów. Ale takiego zbydlęcenia jak przy okazji tej kampanii jeszcze nie było. Symbolem jest dla mnie pasek „Wiadomości”: „Hitlerowskie chwyty Platformy Obywatelskiej”, symbolem jest materiał p. Węża o słowach Grzegorza Schetyny ilustrowany zdjęciami ciał pomordowanych Tutsi, symboliczne jest oddawanie głosu wyłącznie ludziom zakochanym we władzy i gardzącym opozycją.

Światełkiem w tunelu jest rozmowa z posłem PiS.

– Jak się panu podoba TVP?
– Odpowiem tak. Dużo jeżdżę po Polsce, śpię w różnych hotelach. Dwa lata temu kłóciłem się z innymi gośćmi, żeby wyłączyć TVN 24 i włączyć TVP Info. Dziś sam zmieniam na TVN 24.

9.10.2018
wtorek

Przekaz dnia*

9 października 2018, wtorek,

Atak na premiera Morawieckiego

to atak na człowieka,

który bardzo pomógł Polakom i Polsce.

To sprawa sprzed lat, odgrzewany kotlet.

Odgrzewane jedzenie nie jest zdrowe.

Mateusz Morawiecki nawet krewetek nie chciał jeść,

tylko wybrał halibuta.

W rozmowach tych sygnalizuje problemy,

które jako polski premier rozwiązuje.

Niemiecki Onet

kolejny raz insynuuje.

Opozycja niech nie histeryzuje.

 

PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom.

Dało się? Dało się. Pokazaliśmy, że można? Można.

Teraz nie dziwią nas ataki na rząd i premiera.

Politycy opozycji opowiadają różne głupstwa.

PO i cała totalna opozycja skupiają się tylko i wyłącznie

na insynuacjach, pomawianiu i kłamstwach.

Dla PO Bruksela to miejsce,

gdzie jeździ się składać donosy na Polskę.

 

Platformo, nie kłam.

Jeśli masz jakiekolwiek atuty,

jakiekolwiek zarzuty,

to połóż karty na stół.

 

My: ciężka praca dla Polski,

konkretne programy społeczne,

plany rozwoju i dotrzymywanie słowa.

PO: zero pomysłu, ciągła awantura,

pozwy do sądu, straszenie sędziów,

błaganie o pomoc Brukseli

plus dyscyplinujące rozmowy z kanclerz Merkel.

My potrafimy bronić polskich racji,

my potrafimy wydatkować środki UE.

PO ciągle straszy jakimś mitycznym kryzysem,

jakąś katastrofą.

Tak to dziś wygląda.

 

* Utwór skomponowany z fragmentów weekendowego przekazu dnia dla posłów PiS, który dostałem dzięki życzliwości jednego z adresatów. Jestem pod wrażeniem tego dzieła. Liczy kilkanaście stron, wiele miejsca zajmuje obrona Mateusza Morawieckiego przed aferą podsłuchową („Mówił o tym, co myśli o problemach społeczno-gospodarczych świata. Nie było tam kupczenia polskimi sprawami, kpin z Polaków, czy polskiego państwa – jak przy rozmowach polityków PO. Nie ma tam dogadywania zmian personalnych w spółkach skarbu państwa, czy namawiania do wstrzymania kontroli skarbowej. Nie ma też sprzedaży CIECH-u, czy kubańskich cygarach w prezencie dla Tuska”). Tylko w „Wiadomościach” świat jest równie nieskomplikowany, zapewne z powodu duchowego podobieństwa autorów.

7.10.2018
niedziela

PO zawiodła w sprawie prezydenta Legionowa

7 października 2018, niedziela,

Wielu z was, drodzy czytelnicy, zapoznało się już zapewne z wystąpieniem prezydenta Legionowa Romana Smogorzewskiego, bo ostatnio było o nim głośno.

Dla porządku przypomnę jednak, jak się sprawy miały. Smogorzewski – polityk Platformy – na konwencji wyborczej z udziałem m.in. rzecznika PO Jana Grabca, prezentował kandydatów na radnych.

„Jest z Tobą kłopot, bo jesteś trochę za ładna. Ale nie, masz wiele innych walorów…”

„Mamy tutaj dwie najbardziej aktywne, powiedziałbym wręcz, że napalone…”

„Pani od seksu, przepraszam, tak mi się pani kojarzy”.

I tak dalej, i tym podobne. Pan prezydent wyglądał przy tym na zachwyconego swoimi obleśnymi dowcipasami, obleśnie się uśmiechał i obleśnie gestykulował, a mowa jego była nie tylko plugawa, ale i bełkotliwa. Krótko mówiąc, Smogorzewski dał pokaz nieprawdopodobnego prostactwa.

Ale moim zdaniem nie o Smogorzewskiego tu się rozchodzi i nie on stanowi największy kłopot.

Problemy poważniejsze widzę trzy.

Po pierwsze, brak reakcji sali. Nikt Smogorzewskiego nie wygwizdał, nikt nie buczał, nie tupał. Nic nie zrobili przedstawiani przez prezydenta kandydaci. Nie oburzył się Grabiec, ba – wręczył Smogorzewskiemu szablę, choć powinien go nią wypłazować.

Po drugie, milczenie lokalnych mediów obecnych na konwencji.

Po trzecie, bezczynność Platformy. Konwencja legionowska odbyła się 24 września, a Smogorzewski został zmuszony do odejścia z partii 5 października – dopiero, gdy nagranie nagłośnił Stanisław Tyszka z Kukiz ’15. Przez 10 dni chamstwo kolegi nie przeszkadzało? Zaczęło uwierać, jak się media zwiedziały?

PS. Pan Smogorzewski, zamiast skorzystać z okazji, przeprosić i zniknąć z życia publicznego (ha ha ha) pozwolił sobie na komentarz, który wiele mówi o poziomie tej osobistości: „Moim zamierzeniem nie było nikogo urazić, lecz przedstawić ich sylwetki i bardziej luźny i humorystyczny sposób. Niestety, wypowiedzi wyrwane z kontekstu mogą wprowadzać w błąd i mają na celu zdyskredytowanie mojej osoby w oczach mieszkańców w tym gorącym, przedwyborczym okresie. Przepraszam, jeśli ktokolwiek poczuł się urażony moimi słowami”.

To nie są przeprosiny, to wpis zadufka. Który i tak pewnie utrzyma się na stołku.

26.09.2018
środa

Senat

Senackie dolce vita

26 września 2018, środa,

Jeśli przez ostatnie dwa miesiące czegoś Wam cholernie brakowało, a dziś to uczucie przeszło jak ręką odjął, to zapewne jesteście senatofilami i odczuwaliście tęsknotę za obradami izby wyższej.

Uspokajam, bo mieliście prawo się przestraszyć – nie jest to choroba częsta. Co do mnie, to czuję się na nią uodporniony, a nawet coraz bliższy jest mi pogląd, że Senat, ten śmieszny relikt po rozmowach Okrągłego Stołu, to najbardziej bezużyteczna instytucja w Polsce.

Senatorowie zjechali właśnie do Warszawy po dwóch miesiącach wakacji. Trochę o panoszącym się w izbie refleksji pracoholizmie mówią liczby:

16 – tyle posiedzeń zaplanowanych jest na 2018 r.
46 – tyle dni senatorowie spędzą na posiedzeniach.
17 – tyle inicjatyw ustawodawczych wyszło w tym roku z Senatu.

Ale przecież nie o suche liczby tu chodzi. Senat nie wykazał się w tej kadencji żadną samodzielną aktywnością w żadnej istotnej sprawie. Jak było zapotrzebowanie rządu i Nowogrodzkiej, żeby ustawa szła szybko, to szła szybko. Jak było zapotrzebowanie na poprawki, to były poprawki.

Jak z Sejmu wychodził oczywisty bubel (np. w pierwszej ustawie o SN, która raz mówiła o trzech kandydatach na I prezesa, a raz o pięciu), to senatorowie PiS udawali, że go nie widzą, by nie przedłużać prac.

Senat od czasu do czasu dostaje szanse, żeby udowodnić sens swego istnienia, ale z nich nie korzysta. W styczniu 2018 r. z Sejmu przyszła nowelizacja ustawy o IPN. Przyjmijmy, że posłowie uchwalili ją bezrefleksyjnie i bez świadomości, że grozi pogorszeniem relacji z Izraelem. Ale potem zaczęła się wielka awantura i po kilku dniach fatalne skutki ustawy stały się oczywiste dla wszystkich. Wszystkich z wyjątkiem kilkudziesięciu senatorów PiS, którzy ustawę poparli bez poprawek.

Żeby jeszcze w Senacie toczyły się jakieś dyskusje, żeby rodziły się talenty polityczne, żeby kwitła sztuka przemawiania – ale nie, nie ma co na to liczyć. Jeden marszałek Stanisław Karczewski błyszczy, ale tylko na tle władz parlamentu tej kadencji, a na tle Marka Kuchcińskiego nawet czerń by błyszczała. Paru senatorów wyróżnia się w tej mizerii – Adam Bielan (ale i czeka, żeby czmychnąć do europarlamentu), Marek Borowski, który pracowicie i z poczuciem humoru punktuje PiS, sporo lata po świecie Anna Anders. Może kogoś niesprawiedliwie pomijam. Ale generalnie – bieda.

Najkrócej mówiąc, Senat ma wszystkie wady Sejmu, tylko jeszcze mniej waży i jeszcze mniej może. Taka izba na telefon, której nadmarszałkiem jest Jarosław Kaczyński. Gdy przyszła dyrektywa, żeby odrzucić wniosek Andrzeja Dudy o referendum, to wniosek został odrzucony, a głosowanie starannie wyreżyserowano, tak by mieć pewność, że wniosek padnie, ale żeby zarazem nie było przykrej dla głowy państwa jednomyślności.

Dziś, jak wspomniałem, senatorowie wrócili do pracy po dwóch miesiącach przerwy. Popracują od środy do piątku, a potem – prawie miesiąc wolnego. Akurat na refleksję i zadumę, na co idzie z naszych pieniędzy ponad 200 mln zł rocznie, bo taki jest budżet tej nieszczęsnej instytucji.

1.09.2018
sobota

Jacek Kurski

Kurski z pierścieniem, Wałęsa wycięty

1 września 2018, sobota,

„Wiadomości” z 31 sierpnia były przeżyciem wyjątkowym nawet dla wiernych widzów tego programu. W rocznicę porozumień sierpniowych TVP zaczęła od materiału historycznego, w którym nie padło nazwisko Lecha Wałęsy. Duże osiągnięcie reporterskie. Potem był metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź wręczający pierścień prezesowi TVP Jackowi Kurskiemu za to, że ten „odmienia oblicze telewizji”; zresztą w kwestii „odmieniania” pełna zgoda z arcybiskupem. Dla Wałęsy znalazło się miejsce potem. Popłynęła fala wyzwisk. Że agent, że brał pieniądze, że donosił, że megaloman i że teraz wykorzystuje rocznicę, by pomagać totalnej opozycji. Uważny widz mógłby się w tym momencie zafrasować. Dlaczego Wałęsa, który 31 sierpnia 1980 r. był ewidentnie nikim – co wykazał przecież pierwszy materiał „Wiadomości” – miałby teraz wykorzystywać rocznicę? Kogo on chce oszukać?

Napisałem w końcu długą recenzję tego wydania „Wiadomości”. Potem zacząłem skreślać. Najpierw skasowałem wszystkie przekleństwa, bo nie wypada. Następnie zniknęły wzmianki o Goebbelsie, bo to tylko nic niewnosząca obelga; tekstu nie powinny dyktować emocje. Potem pożegnałem się z nawiązaniami  do Orwella, bo strasznie zgrane. Jeszcze bardziej wytarte są porównania do „Dziennika Telewizyjnego”, bo TVP pod Kurskim wystarczająco już na nie zasłużyła; każdy kto pamięta media PRL, przeżywa dziś drugą młodość. W ten sposób recenzja zniknęła, z wyjątkiem jednego natarczywego pytania. Dlaczego RMF FM – stacja w końcu prywatna – oddaje czas antenowy żałosnemu propagandziście Ziemcowi, który daje twarz żenadzie w mediach publicznych?

30.08.2018
czwartek

Patryk Jaki

Jak stałem pod blokiem

30 sierpnia 2018, czwartek,

Dużo jest w sieci zachwytów nad aktywnością Patryka Jakiego, postanowiłem więc zobaczyć, jak na żywo wygląda jego zachwalana na Twitterze akcja „100imy pod blokiem”. Oto, jak było; chciałem powstrzymać się od ocen i ironizowania, proszę zatem wybaczyć suchą relację.

Miejsce akcji: stacja metra Imielin, ul. Wiolinowa.

Planowany czas akcji: piątek 24 sierpnia, 18:40.

Wysiadam z metra, śladu kampanii nie widać. Wychodzę na powierzchnię, tam też nikogo. Pogoda marna, kropi deszcz. Robię rundę po okolicy, grupa ludzi pod parasolami, których z daleka wziąłem za fanów Jakiego, okazała się rodzicami oglądającymi mecz piłki nożnej ich dzieci. Wracam na stację. O 18:58 nadjeżdża metro. W pierwszym wagonie dostrzegam wreszcie kandydata dzierżącego skrzynkę jabłek. Jaki wysiada, a wraz z nim ok. 10 osób, w tym działacze PiS i sympatycy kandydata. O 19 – jeszcze na terenie stacji – kandydat spotyka kilka kolejnych osób, w tym pana z tabliczką „Jaki kłamca”. Wspólnie opuszczają stację. Na górze zbiera się może 15, a może 20 osób, w tym pani z KOD, wspomniany już pan z tabliczką oraz dwóch chłopców w koszulkach reprezentacji Polski, którzy robią sobie zdjęcia z Jakim. Pani z KOD wdaje się w rozmowę z kandydatem – słyszę tylko urywki, Jaki cierpliwie znosi krytykę i przy okazji rozdaje jabłka. Kilka osób ściska mu rękę i życzy powodzenia. Po kilku minutach spotkanie dobiega końca. Już o 19:09 robię pożegnalne zdjęcie już na stacji metra. Jaki oferuje mi jeszcze „jabłuszko”, za które uprzejmie dziękuję (nie lubię zdrobnień i nie przepadam za jabłkami) i wsiada do metra na kolejne spotkanie. I tyle. 9 minut, kilkanaście osób – w tym ludzie z otoczenia kandydata i dwoje jawnych przeciwników.

3.08.2018
piątek

Zakochany (w sobie) sędzia Drajewicz

3 sierpnia 2018, piątek,

Tak rozkosznie głupiego wywiadu nie czytałem od dawna, więc pomyślałem, że warto tym dziwadłem podzielić się z czytelnikami.

A chodzi o rozmowę Wojciecha Biedronia z portalu wpolityce.pl z Dariuszem Drajewiczem, wiceprzewodniczącym Krajowej Rady Sądownictwa.

Sędzia Drajewicz jest bardzo dobrego zdania o sędzim Drajewiczu. Ten człowiek naprawdę musiał mieć w życiu pod górkę i pod wiatr, mało kto go doceniał, aż przyszedł PiS i docenił.

Na zachwyt sędziego Drajewicza nad sędzią Drajewiczem wskazuje wiele tropów.

Przede wszystkim odnoszenie się do siebie per „mojej osoby”; kiedyś tak mówili królowie, dziś sędziowie w typie Drajewicza: „Wiele razy moi koledzy z sądu okręgowego rekomendowali moją osobę”.

Dopieszczony przez władzę narcyz nieuchronnie popada w grafomaństwo. Zacytuję może tylko jedno zdanie, które pokazuje jak wybitny jest sędzia Drajewicz w oczach sędziego Drajewicza. Jedno, ale za to jakie!

„Tytułem przykładu, pomimo tego, że jestem autorem 77 publikacji naukowych, które ukazały się w czasopismach prawniczych, jestem autorem tez, które cytował Sąd Najwyższy i znani polscy procesualiści, tworzę komentarz do Kodeksu postępowania karnego dla jednego z największych wydawnictw w Polsce i jestem doktorem nauk prawnych, pomimo tego, że nigdy nie uchybiłem terminowi sporządzenia uzasadniania, a znam przypadek sędziego, który pisał uzasadnienie ponad dwa lata w sądzie rejonowym i został powołany do sądu okręgowego, a teraz nawet kandyduje do Sądu Najwyższego, pomimo tego, że orzekałem w wielu skomplikowanych procesach karnych spraw wielotomowych dotyczących przestępstw gospodarczych z tzw. Mordoru, tj. mokotowskiego zagłębia biznesowego, którym do niedawna zajmował się III Wydział Karny sądu mokotowskiego, a którymi teraz – po zmianach – zajmuje się Sąd Okręgowy w Warszawie, pomimo tego, że byłym pierwszym sędzią sądu powszechnego, który w całości prowadził sprawę tajną dotyczącą służb wywiadu na tzw. sali tajnej Sądu Najwyższego, pomimo pozytywnych rekomendacji profesorskich, pomimo tego wszystkiego, co jedynie wyliczyłem przykładowo, nigdy nie doznałem – jak niektórzy mówią – tzw. zaszczytu powołania na wyższe stanowisko sędziowskie”.

169 słów, 1258 znaków, a wszystkie uśmiechają się łagodnie do sędziego mówiącego tak ładnie o sobie samym.

A przecież to dalece nie wszystko. Sędzia Drajewicz mruga do czytelników, że „wylicza to jedynie przykładowo”. W dalszej części wywiadu mimochodem przemyca informację, że zna angielski („przygotowałem w języku angielskim”), co, of course, rzuca na jego wyjątkowość nowe światło.

Wywiad staje się jeszcze śmieszniejszy, gdy wziąć pod uwagę jego kontekst.

Sędzia Drajewicz brzmi prycypialnie, gdy poucza sędziów: „Sędzia nie może angażować się politycznie. To jest złamanie filarów sądownictwa. Nie wyobrażam sobie, że sędzia może spotykać się z politykami, że nawet może rozważać, aby udać się na takie spotkanie”.

Tymczasem sędzia Drajewicz wygłasza ten pogląd w jednoznacznie prorządowym portalu, prezentując zarazem jednoznacznie prorządową postawę w czasach czystki w Sądzie Najwyższym.

A już w ogóle najśmieszniejsze jest to, że sędzia Drajewicz piętnuje w ten sposób w swoim mniemaniu sędziów, którzy spotykali się z politykami PO, a całkiem zapomniał, jak w uściskach polityków PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele tonęła sędzia Julia Przyłębska, gdy na początku roku odbierała tytuł człowieka roku tygodnika „Sieci” i dedykowała go Lechowi Kaczyńskiemu.

4.04.2018
środa

Żebrak smoleński

4 kwietnia 2018, środa,

Miłośnikiem prasy propisowskiej jestem od jej zarania, wiele więc widziałem i niejeden tekst zapisał się na dłużej w mojej pamięci. Dziś od rana chodzi za mną wstępniak Tomasza Sakiewicza z „Gazety Polskiej”.
Czytaj całość »

29.03.2018
czwartek

Błędy, wpadki i potykanie się o własne nogi rzadko przynoszą zwyżkę notowań

29 marca 2018, czwartek,

Jak termometr wskazuje 40 stopni, to większość ludzi kładzie się do łóżka. Można też przyrząd stłuc, oskarżyć jego producenta o spisek i ruszyć z gołą głową w zadymkę. Doświadczenie uczy, że pierwsza metoda przynosi bardziej zadowalające skutki medyczne, druga zaś bywa zawodna.
Czytaj całość »

20.02.2018
wtorek

Jeszcze o ustawie

20 lutego 2018, wtorek,

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w kościele, to po sześciu latach 90 osób z fotografii wciąż by żyło. Kilka osób miałoby za sobą działalność w konspiracji, kilka ratowałoby Żydów, ktoś przeżyłby obóz, znalazłby się także jakiś volksdeutsch, szmalcownik, kolaborant czy żołnierz Wehrmachtu. Trzy czwarte ludzi ze zdjęcia (może dwie trzecie, a może siedem ósmych, w każdym razie znakomita większość) miałoby za sobą zaś sześć lat biernego poddawania się losowi okropnemu, ale jednak dającemu żyć.

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w synagodze, to po sześciu latach 90 osób z fotografii byłoby martwych. Dobrzy i źli, bogaci i biedni, wykształceni i analfabeci, kolaboranci i bojownicy – bez różnicy; na dłuższą metę żadna cecha i żadne zachowanie nie wpływały na szanse przetrwania.

Bez zrozumienia (i czucia) tej fundamentalnej różnicy nie można w ogóle zaczynać rozmowy o tej idiotycznej, ale groźnej ustawie i wszystkich późniejszych głupstwach, w tym wykraczającym poza skalę pomyśle budowy muzeum „Polokaustu”.

A teraz po kolei.

Ustawa jest idiotyczna, bo zamiast poprawiać wizerunek Polski w świecie – pogarsza go. Nie odpowiada przy tym na żaden istotny problem społeczny, nie mówiąc o jego rozwiązywaniu. Nikt nie uważa, że państwo polskie czy naród polski współorganizowały Holokaust, a jeśli ktoś tak uważa, to żadna groźba więzienia go nie powstrzyma. Trzeba być Świrskim, żeby wierzyć, że ktoś, kto przed ustawą pisał „polskie obozy śmierci”, teraz podrapie się po głowie i napisze „niemieckie obozy śmierci”. Nie mówiąc już o tym, że zazwyczaj taka fraza to efekt skrótu myślowego, a nie wiary, że obozy stworzyli Polacy.

Zastanawia też użyta w ustawie fraza „wbrew faktom”, bo kto te fakty będzie ustalał – IPN? Sejm? Naród w referendum?

Sądzę poza tym, że nie należy ograniczać wolności słowa. Przepisy penalizujące „kłamstwo oświęcimskie” też są niemądre.

Napisałbym pewnie, że ustawa jest martwa – żaden GROM nie będzie wysyłany, by odrywać niedouczonych amerykańskich dziennikarzy od klawiatur i wlec ich na pokazowe procesy w Polsce – ale obawiam się, że przepis może jednak działać i że nie chodzi tu bynajmniej o żadne obozy śmierci, lecz o blokowanie debaty o naszych, polskich nieczystych sumieniach. Czy debata o Jedwabnem z początku tego wieku mogłaby się odbyć za rządów PiS i po wejściu w życie ustawy? Czy, powiedzmy, lokalny dziennikarz z Białegostoku, który natrafiłby na zakurzone akta zapomnianego procesu, przebiłby się z publikacją?

Ustawa jest zatem idiotyczna, ale i groźna, bo służy nie historii, lecz jej wulgaryzacji. „Nikt nie będzie karany za mówienie o polskich sprawcach”, powiada premier, ale przecież zupełnie coś innego widzieliśmy przez ostatnie dni w telewizji publicznej i zupełnie inną wizję historii przedstawiają nam od lat politycy PiS; nie do zapomnienia jest wywiad Moniki Olejnik z panią Anną Zalewską od edukacji, która nieprzytomnie bredziła w sprawie Kielc i Jedwabnego.

Ustawa wytycza koleiny, którymi ma pędzić nasza – państwowa i dominująca medialnie – narracja o polskiej historii. Ma być pięknie i heroicznie, Polacy nadają się na ofiary i bohaterów. I tak to idzie: Polska została napadnięta i zdradzona przez sojuszników, dwa totalitaryzmy, Polacy byli mordowani, wypędzani, pozbawiani majątków, okupacja była straszniejsza niż gdzie indziej, nie daliśmy się złamać, nie było kolaboracji, kraj bez Quislinga, Armia Krajowa, powstanie, Żegota, miliony Polaków pomagały Żydom, Ulmowie, kara śmierci dla szmalcowników, Sendlerowa, Pilecki, Karski, Zachód się wypiął i tak w kółko, ad mortem defaecatam.

Ale to tylko pół prawdy o II wojnie na ziemiach polskich, a pół prawdy to – jak dobrze wiadomo – całe kłamstwo. Historia jest znacznie bardziej skomplikowana niż słodka papka, którą raczą swoich widzów „Wiadomości”.

Dzieje Brygady Świętokrzyskiej należy zgłębiać, ale nie jestem przekonany, że premier państwa polskiego powinien odwiedzać groby żołnierzy oddziału współpracującego z Niemcami i mającym na koncie potyczki nie tylko z Armią Ludową, lecz i Batalionami Chłopskimi.

Polacy mordowali Żydów nie tylko w Jedwabnem. Liczne i przerażające świadectwa z tamtych czasów przytacza zresztą w ostatnich „Sieciach” Piotr Skwieciński. Polski antysemityzm – krzewiony m.in. w periodyku Maksymiliana Kolbego – nie zawsze prowadził do zbrodni, ale nieraz do kibicowania Niemcom (powtarzają się wspomnienia w rodzaju „Ten Hitler to paskudny typ, ale przynajmniej robi porządek z Żydami”); czasem zaś antysemici – nie wyrzekając się zresztą swoich uprzedzeń – ratowali Żydów, jak Zofia Kossak-Szczucka.

Ok. 400 tys. Polaków służyło w AK, ok. 300 tys. – w Wehrmachcie; w większości zostali tam wcieleni przymusowo, ale było też ok. 20 tys. ochotników.

„Miałem dwóch wybitnych dowódców – Rommla w Afryce i Andersa pod Monte Cassino” – wspominał uczestnik badań nad pamięcią II wojny.

Nikt nie zliczy, ilu Polaków ratowało Żydów, a ilu ich mordowało; nie wiadomo nawet, ilu Polaków zginęło za pomoc Żydom. Medali Sprawiedliwych – dwa przypadły mojej prababci i dziadkowi – jest z pewnością za mało. Oceny – płynące z Zachodu lub Izraela – polskiego państwa podziemnego i polskiego narodu bywają niesprawiedliwe, a czasem po prostu przeraźliwie głupie, ale to nie jest jeszcze argument za forsowaniem ustawy.

Polska historia jest fascynująco skomplikowana i nie widzę potrzeby, by ją upraszczać, zwłaszcza karnymi paragrafami w służbie aktualnie rządzących. Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.

css.php