Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce Zaraz wracam - Wojciech Szacki: tu piszę o Polityce

7.05.2019
wtorek

Grzegorz Schetyna

Dlaczego opozycja przegrywa

7 maja 2019, wtorek,

Zwolennicy opozycji nie powinni się łudzić. Koalicja Europejska przegrała pierwszą fazę kampanii o europarlament i niewiele wskazuje, by mogła wygrać drugą. Miało być łatwo – eurowybory to konkurencja najprostsza dla prounijnej opozycji – a jest trudno. Mielizną, na której utkwił okręt Grzegorza Schetyny, jest zaś brak treści.

Strategia, której głównymi punktami są „odsuniemy PiS od władzy” oraz „uratujemy Polskę przed polexitem”, nie porywa wyborców, gdy PiS jest wysoko w sondażach, politycy PiS są popularniejsi niż politycy opozycji, a Polacy nie wierzą w groźbę polexitu.

Uściślę: są wyborcy, i to całkiem liczni, którym do szczęścia wystarczy zawołanie „pogońmy PiS” i którzy przymkną oko albo i oboje oczu na rozliczne luki w scenariuszu kampanii Koalicji, ale nie jest takich ludzi wystarczająco wielu, by przechylić szalę na korzyść opozycji.

Koalicja Europejska nie stworzyła atrakcyjnej oferty dla tych, którzy za PiS nie przepadają (i nigdy nań nie zagłosują), ale nie zawsze chodzą na wybory, ewentualnie rozglądają się za czymś nowym w polityce. Nie chodzi tu o mityczny bój o „centrum”, rozumiane jako przestrzeń między Platformą a PiS, bo z badań wynika, że zbiór wyborców wahających się między tymi dwiema partiami jest zbiorem pustym. Chodzi raczej o nieumiejętność mobilizacji ludzi, którzy swoim profilem społecznym pasują do zbioru zwolenników Koalicji Europejskiej, a którzy głosować na nią nie chcą, bo nie widzą w tym żadnego dla siebie interesu.

Treść, którą oferują partie, może być pozorna, może być dyskusyjna albo wręcz szkodliwa dla państwa na dłuższą metę (jak rozdawnictwo), ale jest niezbędna. Pół roku temu na deficyt treści cierpiał PiS. Wyglądało na to, że partia władzy jedzie już na oparach, posłowie utyskiwali, że nie mają nic do powiedzenia wyborcom, ale potem przyszła „piątka Kaczyńskiego” i kampania PiS jakoś się rozkręciła. Ten dostanie tysiąc złotych, ci 500, ów obietnicę drogi, a tamten obniżkę podatków. O sensie/bezsensie (słuszności lub jej braku) tych działań można dyskutować, ale PiS oferuje swoim zwolennikom konkret. Jest szereg pól bitewnych, na których czuje się pewnie i na które zwabia przeciwników.

Opozycja pokrzykująca „PiS, polexit, praworządność” niczego podobnego nie wytworzyła. Po wielu tygodniach kampanii z jej obozu dobiegło jedynie „100 miliardów” – ale co to za miliardy, w jakiej walucie i co obywatel będzie z tego miał, to już za bardzo nie wiadomo. 500 zł to czasem więcej niż 100 mld.

PiS rozdaje pieniądze i mnoży obietnice, bo wie, że samo straszenie Platformą nie wystarczy. Bo z kolejnych badań wychodzi, że kilkanaście procent wyborców PiS trwa przy nim pomimo krytycznego stosunku do konkretnych posunięć tej partii (jak destrukcja sądownictwa). Oprócz żelaznego elektoratu PiS ma zwolenników miękkich, bo umie stworzyć ofertę dla ludzi, którzy za Platformą nie przepadają i nigdy jej nie poprą, ale mogą nie pójść na wybory wcale lub poprzeć Kukiz ’15 bądź Konfederację. Na razie są jednak realnymi wyborcami PiS.

Śmiem twierdzić, że wszystkie inne problemy Koalicji Europejskiej są pochodną tego podstawowego. Umiarkowany zapał bitewny większości kandydatów (zamiast gryźć trawę, rozłożyli na niej koce i piknikują), sztampa, brak pasji itd. Jak nie ma fundamentu, to trudno coś wybudować. A tu fundamentu ewidentnie nie ma, więc i robotnicy snują się po budowie, popatrując na siebie z coraz większą irytacją i zniechęceniem.

21.01.2019
poniedziałek

Problem z Owsiakiem

21 stycznia 2019, poniedziałek,

Z Jurkiem Owsiakiem mam podobny problem co z Lechem Wałęsą; jakkolwiek doceniam ich rolę w historii, jakkolwiek podziwiam to, czego dokonali, to czasem marzę, żeby rzadziej się odzywali.

I nic na to nie poradzę, ale zachowanie Owsiaka po śmierci Pawła Adamowicza zupełnie mi się nie podobało. Porównanie siebie do ofiary Auschwitz, jakim uraczył nas szef WOŚP, było paskudne; świadczy o braku odpowiedzialności za własne słowa i ponad wszelką miarę rozrośniętym ego. Rezygnację ze stanowiska, a potem rezygnację z rezygnacji – i to w dniu pogrzebu prezydenta Gdańska – widzę jako próbę skierowania na siebie uwagi w momencie najmniej stosownym. Znów nic na to nie poradzę, ale wyglądało to jak chęć usłyszenia „Jurek, kochamy cię, zostań!”, jak tandetny blef, a nie refleksja po tragedii.

Krótko mówiąc, jestem znacznie większym fanem WOŚP niż tegoż szlachetnego przedsięwzięcia kierownika. Mam przy tym świadomość, że bez Owsiaka Orkiestra by tak nie grała, co wcale nie ułatwiało pisania tej niewesołej i pozbawionej pointy notki.

28.12.2018
piątek

Robert Biedroń

Co mówią nogi Biedronia na hamaku w Nikaragui

28 grudnia 2018, piątek,

Nie mam pojęcia, co Robert Biedroń wie o Nikaragui, ale zakładam, że niewiele poza tym, że jest tam daleko (nie da się dojechać na rowerze), ciepło i są hamaki. Zakładam tak, bo gdyby coś niecoś wiedział, nie chwaliłby się raczej zdjęciem swoich stóp na tle jeziora Ometepe, bo to był raczej strzał w owe stopy. Fotka wywołała sporo kpin (że rozdawał tam biednym dzieciom kody rabatowe do swego sklepu) i poważniejszej krytyki (że byczy się w jednym z najbiedniejszych państw na świecie, gdzie w dodatku obowiązuje jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych).

Biedroń wrzucił to zdjęcie już kilka dni temu, ale warto do niego jeszcze wrócić i zastanowić się, czy mówi ono o tym początkującym polityku coś więcej i czy można z niego wyprowadzić jakieś wnioski co do jego szans w roku podwójnych wyborów. Ale najpierw cofnę się nieco w czasie.

Byłem na warszawskiej burzy mózgów Biedronia – tak nazywał spotkania podprowadzające do kongresu założycielskiego jego partii – i miałem wówczas wrażenie, że trzy są największe zagrożenia dla jego planów.

Pierwsze to niszowość. Postulaty, żeby państwo płaciło za operację zmiany płci czy dało prawo do adopcji małżeństwom homoseksualnym, są pewnie ważne dla pewnej grupy ludzi, ale wciąganie ich na sztandary to recepta na partię walczącą o przekroczenie progu wyborczego, a nie na siłę mogącą zmienić los Polski. Zwłaszcza jeśli postulaty te idą w parze z bardzo mocnym atakiem na Kościół.

Druga to widoczny wśród uczestników podział na liberałów gospodarczych i socjalistów. Burza mózgów Biedronia polega na tym, że gospodarz jest moderatorem dyskusji, a uczestnicy zgłaszają i uzasadniają postulaty programowe; na koniec odbywa się głosowanie. I o ile pomysły świeckiej szkoły czy ułatwień dla niepełnosprawnych wzbudziły aplauz, o tyle postulat, by państwo płaciło za ubezpieczenie społeczne i zdrowotne twórców, już przepadł po burzliwej debacie i okrzykach „wolny rynek”. Kogoś Biedroń będzie musiał zawieść.

Trzecia sprawa to, najoględniej mówiąc, przerost formy nad treścią. Ktoś nazwał te burze „obwoźnym Amwayem” i coś jest na rzeczy. Biedroń promuje się jako pionier, opowiada o swojej wyjątkowości, czaruje, ale przecież to wszystko już było. Karteczki z postulatami miał Ryszard Petru, dyskusje programowe i prawybory dały początek Platformie.

Teraz, po zdjęciu z Nikaragui, myślę sobie, że jeszcze poważniejszym kłopotem Biedronia może być Biedroń. Na razie chroni go status pretendenta, nikt go na poważnie nie krytykuje, ledwo muśnięta krytyką została jego prezydentura Słupska, ale ten czas się skończy. Już wkrótce światła reflektorów padną na niego, każdy błąd i każda niezręczność będą rozwałkowane w mediach. Zamiast pogwarki z Anją Rubik czekają go starcia z dziennikarzami i politykami, w których nie wystarczą w gruncie rzeczy infantylne teksty „Kocham Polskę” i „czas zasypywać podziały”. Bo podziały i spór są nieodłączną częścią polityki. Żeby osiągnąć sukces, trzeba mieć twardą skórę i odporność na ciosy, a z tym u Biedronia nie jest chyba najlepiej, skoro blokuje na Twitterze za byle kpinę.

Wiele było powodów upadku Ryszarda Petru, ale wcale nie najmniej istotnym była jego gafowatość. Zdjęcia z portugalskich wagarów Petru oraz nóg Biedronia w Nikaragui przy wszystkich różnicach mówią coś – i to nie najlepiej mówią – o pewnej beztrosce i braku umiejętności przewidywania u ludzi, którzy chcieliby rządzić Polską.

Pyta mnie wiele osób, czy Biedroń osiągnie sukces. Odpowiadam zwykle pytaniem na pytanie: co to znaczy sukces? Czy Janusz Palikot i Petru osiągnęli sukces? Jeśli tak, to i Biedroń go pewnie osiągnie, bo przy całym moim krytycyzmie zdaję sobie sprawę, że wiele osób wierzy w byłego prezydenta Słupska, a zbudowanie partii na 5-10 proc. przy wsparciu bogatych ludzi, firm i celebrytów jest jak najbardziej możliwe. Wdarcie się na poziom 10-20 proc. będzie jednak niesłychanie trudne.

24.12.2018
poniedziałek

Książki

Dziesięć krótkich na Boże Narodzenie

24 grudnia 2018, poniedziałek,

Lubię powieści, ale bardziej jeszcze lubię opowiadania. Zwłaszcza ostatnio, gdy nasi bestsellerowi pisarze coraz częściej odkrywają w sobie Dostojewskiego albo innego Manna i pakują do swych książek setki stron przemyśleń o naturze ludzkiej, dając nam dzieła pod tysiąc stron każde.

W tych raczej ponurych okolicznościach czytelniczych wracam zatem z przyjemnością do krótszych form i z okazji Świąt sporządziłem listę dziesięciu moich ulubionych opowiadań. Proszę potraktować to jako gwiazdkowy prezent; prezentem dla mnie byłoby, gdyby ktoś z Was przeczytał (przeczytał na nowo) którąś z pozycji lub w komentarzu zaproponował własny zbiór.

Kolejność jest przypadkowa.

Jorge Luis Borges, „Nieśmiertelny”. Borgesa kocham całego, a najbardziej „Alefa” i „Fikcje”. Z tego pierwszego tomu wybrałem „Nieśmiertelnego”, wspaniały tekst o tym, jak dobrze, że jesteśmy śmiertelni i że gdyby było inaczej, nie bylibyśmy ludźmi.

Julio Cortazar, „W nocy twarzą ku niebu”. Z Cortazarem miałem olbrzymi kłopot, bo napisał wiele zarąbistych opowiadań, ale postawiłem na to, na dziewięciu stronach splatające los Azteka i paryżanina z niespodzianką w finale. Majstersztyk. Dwie inne rewelacje Cortazara to „Południowa autostrada” (najlepsze chyba w historii opowiadanie o korku) i „Proszę nikogo nie winić” (przestroga przed zbyt nonszalanckim zdejmowaniem swetra).

Stephen King, „Quitters, Inc”. King znany jest zaszufladkowany jako król horrorów, literatury niby podrzędnej, ale to naprawdę świetny pisarz, choć napisał wiele bardzo słabych książek (i kilka znakomitych, ale za długich, by się załapały do tego zestawienia). „Quitters” to opowiadanie o firmie pomagającej rzucić palenie. Nie jest to rzecz wielka, ale zgrabna, przyjemna i dowcipna. Czego więcej chcieć od lektury?

Wieniedikt Jerofiejew, „Moskwa – Pietuszki”. Ponad sto stron, ale czym jest dziś sto stron jak nie opowiadaniem? Miłość, alkohol, miłość do alkoholu – nikt tak pięknie o tym nie pisał i pewnie nie napisze. Można czytać wiele razy i za każdym razem znaleźć coś innego (to zresztą moja prywatna definicja arcydzieła).

Jean Van Hamme, Grzegorz Rosiński, „Alinoe”. Z wczesnej młodości pamiętam oczekiwanie na każdego nowego Thorgala. Dziś z przyzwyczajenia kupuję nowe albumy, ale to już nie to. „Alinoe” to jednak jeden ze „starych” Thorgali, arcydzieło komiksu na 48 planszach. Jest wciągająca historia, jest napięcie, jest tajemnica, są kadry zapadające w pamięć. Wielka rzecz. Zresztą kilka następnych tomów – od „Łuczników” po „Między ziemią a światłem” trzyma ten poziom.

Leszek Kołakowski, „Legenda o cesarzu Kennedym”. Poznałem kiedyś Kołakowskiego i chyba nikt mnie tak nie onieśmielał. Wyglądał na mędrca i był nim, ale poza tym bardzo dowcipnie pisał. „Legenda” to mądra i śmieszna opowieść o tym, jak krucha jest nasza wiedza.

Ota Pavel, „W służbie Szwecji”. „Śmierć pięknych saren” to jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałem, a ten z niej kawałek jest chyba najlepszy. Tylko Czesi potrafią tak pisać – lekko o sprawach najważniejszych. Gdybym się teraz zajmował powieściami, pewnie dałbym Hrabala, ale w krótkiej formach królem jest dla mnie Pavel.

Janusz Głowacki, „Przed burzą”. Uwielbiam to opowiadanie za dialog: „ – Która godzina? – spytał starszy. – Też bym się napił – ucieszył się młodszy” oraz fantastycznie oddany – na raptem kilku stronach – obraz beznadziei PRL. Głowackiego lubię zresztą tak bardzo, że mógłbym nim zapełnić całą tę notkę.

Bruno Schulz, „Ulica Krokodyli”. Klasyk, do którego wreszcie dorosłem, bo w liceum strasznie mi się „Sklepy” nie podobały.

Alessandro Baricco, „Jedwab”. O miłości, nuda. Ale jak opowiedziane!

PS. I już? 10? To niesprawiedliwe, ale taki sobie limit wyznaczyłem i się go z żalem trzymam, do postscriptum spychając Marka Nowakowskiego („Zdarzenie w miasteczku”), Pawła Sołtysa („Profesor Kruk”), George’a Orwella („Folwark Zwierzęcy”), Italo Calvino („Baron drzewołaz”), Mrożka, Lema, Dicka i wielu innych.

PPS. Wyleciał mi z pamięci autor (a może dwóch autorów) opowiadań, które bardzo lubiłem w wieku dziecięcym. Może ktoś z oczytanych czytelników mnie poratuje? Pierwsze było o chłopcu, który myślał, że umiera, bo w szkole się uczył, że gorączka powyżej 42 stopni zabija, a on miał koło setki (ewidentnie nie znał skali Fahrenheita), drugie – o chłopcu, który nie mógł się pozbyć gumy do żucia. Pomóżcie proszę.

 

 

 

 

12.12.2018
środa

Mateusz Morawiecki

80 proc. Morawieckiego

12 grudnia 2018, środa,

Znów słyszę, jak Mateusz Morawiecki publicznie mówi o „80 proc. mediów”, które są „w rękach naszych przeciwników”. Premier głosił to na wiecach, mówił to w Parlamencie Europejskim, teraz powtarza to w Sejmie.
Czytaj całość »

29.11.2018
czwartek

Grzegorz Schetyna

Dziwna błogość w PO

29 listopada 2018, czwartek,

Z niejasnych dla mnie powodów w Platformie panują znakomite nastroje. Coraz rzadziej słychać o Koalicji Obywatelskiej jako federacji opartej na plus minus partnerstwie kilku partii, a coraz częściej – o formule przejmowania aktywów mniejszych ugrupowań i wyraźnej dominacji PO.
Czytaj całość »

16.11.2018
piątek

Chirurgicznie, szybko i adekwatnie

16 listopada 2018, piątek,

W środku Europy, w drugiej dekadzie XXI wieku, w państwie należącym do Unii Europejskiej, w telewizji publicznej w kolejnym dniu afery z udziałem byłego już szefa potężnej instytucji rynku finansowego Danuta Holecka przeprowadziła w „Wiadomościach” taki oto wywiad: Czytaj całość »

19.10.2018
piątek

Patryk Jaki

Wyścig żółwi i ślimaków, czyli nasza piękna kampania

19 października 2018, piątek,

Alfabet kampanii z tego nie wyjdzie, to raczej luźne spostrzeżenia spisywane na szybko przed ciszą wyborczą (instytucja anachroniczna, którą sobie z egoistycznych pobudek niesłychanie cenię).

Żółwie i ślimaki. Polityk prawicy starcie PiS z Koalicją Obywatelską nazwał wyścigiem żółwi. Kampania PiS pod koniec wygląda naprawdę dziwnie, znikąd pojawił się (i równie szybko zaniknął) obrzydliwy spot straszący, że jak opozycja weźmie samorząd, to nastanie terroryzm islamski i przemoc seksualna. Jeśli PiS chciał w ten sposób zmobilizować wyborców PO i Nowoczesnej, to cel osiągnął.

Koalicja Obywatelska na odwrót – finiszuje całkiem udanie, za to wcześniej była jak pijane dzieci we mgle; liderzy sprawiali wrażenie, jakby nie mieli pojęcia, jakie jest (jeśli jest) stanowisko KO w tej czy innej sprawie. Skądinąd Koalicja naprawdę imponuje, prąc do wyborów bez programu wyborczego, bo ta garść ogólników podlana antypisowskim sosem na miano programu na pewno nie zasługuje.

Żółwie miałyby problem, tyle że ścigają się z nimi ślimaki. Ani SLD, ani Kukiz ’15 nie błyszczą w tej kampanii. PSL, owszem walczy zażarcie, ale straty w porównaniu z dziwnymi wyborami 2014 r. będą tak wielkie, że wrażenie klęski jest nieuniknione.

Załamanie kampanii Jakiego. Pięknie żarło, ale zdechło. Szans Patryka Jakiego na prezydenturę od początku należało szukać pod mikroskopem – i to jakimś profesjonalnym – ale dłuższy czas zanosiło się na wyrównaną walkę w I turze. A teraz nawet w TVP Info (bez nerwów, o telewizji publicznej jeszcze będzie) z pewnym zadziwieniem informują o wyraźnej przewadze Rafała Trzaskowskiego, choć eksperci o nieznanych nazwiskach uspokajają, że Jaki dopiero się rozpędza i wygra w II turze. No ale chyba nie wygra, a sukcesem będzie poprawienie wyniku Jacka Sasina (41 proc. w II rundzie).

W ostatnim tygodniu coś się zaczęło w kampanii rozłazić, sprinter zaczął wpadać na płotki zamiast je przeskakiwać. Jaki przestał być ambitnym chłopakiem z sąsiedztwa i poszedł w przekaz „rząd da pieniądze, jak ja będę prezydentem”. No tak się stolicy nie uwodzi. A Trzaskowski? W ostatnich dniach jakby sobie przypomniał, że w kampanie to on umie.

Sejmiki poza radarem. Nie liczyłem tego oczywiście, ale śledzę programy informacyjne i odnoszę wrażenie, że o Jakim, Trzaskowskim i gromadzie innych potencjalnych prezydentów w pozostałych dużych miastach jest dużo więcej niż o znacznie ważniejszych wyborach do sejmików. W metropoliach mieszka kilkanaście proc. Polaków, prawdziwą siłę partii pokaże głosowanie sejmikowe. A jego wynik jest w gruncie rzeczy kompletnie nieprzewidywalny, poza takimi oczywistościami, że PiS wygra z poparciem w widełkach 30-40 proc., druga będzie KO z wynikiem 20-30 proc., a trzecie PSL. I że zdecydowana większość sejmików pozostanie w rękach PO-PSL z epizodycznym udziałem innych graczy. Cel PiS, o którym mówił Jarosław Kaczyński – samodzielna większość w 4-5 sejmikach – mocno się oddalił w końcówce kampanii.

Sondaże są niedoskonałe, wielu wyborców jest niezdecydowanych, realna popularność PSL na poziomie lokalnym – niezgłębiona. Ostatnie badania przyniosły zwyżkę notowań Bezpartyjnych Samorządowców, ale czy to się przełoży na mandaty radnych? Jeśli tak, to PiS zyskuje potencjalnego koalicjanta (i to nie tylko w sejmikach).

Ziobro i kij w szprychy PiS. Jeśli obóz władzy będzie musiał szukać winnego niepowodzeń, to Zbigniew Ziobro wskaże na Mateusza Morawieckiego (bo nagrania), a Morawiecki – na Ziobrę. Minister sprawiedliwości, narzekają w PiS, nie tylko nie pomagał w kampanii, lecz i na koniec jej zaszkodził wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności jednego z przepisów traktatu o funkcjonowaniu Unii. Opozycja mogła dzięki temu mówić o Polexicie, mobilizując swoich zwolenników. Po 4 listopada przyjdzie czas rozliczeń. Wiele wskazuje, że kampanii nie będzie dobrze wspominał szef sztabu Tomasz Poręba. No i ciekawe, czy w spodziewanej rekonstrukcji rządu Morawiecki będzie meblującym czy meblowanym. Dymisja premiera wydaje się dziś mało prawdopodobna, ale z kampanii wychodzi mocno poobijany.

TVP. Wszelkie rozważania o telewizji publicznej są utrudnione, bo unikam wulgaryzmów. Ale takiego zbydlęcenia jak przy okazji tej kampanii jeszcze nie było. Symbolem jest dla mnie pasek „Wiadomości”: „Hitlerowskie chwyty Platformy Obywatelskiej”, symbolem jest materiał p. Węża o słowach Grzegorza Schetyny ilustrowany zdjęciami ciał pomordowanych Tutsi, symboliczne jest oddawanie głosu wyłącznie ludziom zakochanym we władzy i gardzącym opozycją.

Światełkiem w tunelu jest rozmowa z posłem PiS.

– Jak się panu podoba TVP?
– Odpowiem tak. Dużo jeżdżę po Polsce, śpię w różnych hotelach. Dwa lata temu kłóciłem się z innymi gośćmi, żeby wyłączyć TVN 24 i włączyć TVP Info. Dziś sam zmieniam na TVN 24.

css.php