Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

23.02.2017
czwartek

Pokot bez emocji

23 lutego 2017, czwartek,

„Pokot” Agnieszki Holland to film może i wybitny, tyle że oglądać się go nie da. Nie daje widzowi satysfakcji ani jako thriller, ani jako czarna komedia, ani jako baśń.

Nie jestem krytykiem filmowym, ale dobre thrillery kojarzą mi się z napięciem i zwrotami dynamicznej akcji. Trup się w „Pokocie” ściele wprawdzie gęsto, ale, trzymam się zwierzęcej tematyki, akcję filmu przegoniłby byle żółw. A jeśli chodzi o napięcie, to gdzieś po kwadransie nawet osioł wie, kto będzie mordercą.

Czarna komedia powinna być śmieszna. Kilka scen jest w „Pokocie” naprawdę zabawnych, w tym zwłaszcza brawurowy monolog listonosza, jak zwykle świetny jest też Gierszał w roli dotkniętego padaczką informatyka, który wnosi do filmu trochę życia – ale na dwie godziny to zasmucająco mało.

Baśń? Nastrój budują świetne zdjęcia pięknej przyrody, ale brakuje w tym filmie poezji i lekkości.

To zresztą – poza wszechogarniającą nudą – jest mój główny zarzut wobec „Pokotu”. Schemat goni schemat i schematem pogania. Jak myśliwy, to obowiązkowo wredny i dziwkarz-alkoholik przy tym; jak ksiądz, to fanatyk, jak entomolog, to zbzikowany. Żadnego życia w tych postaciach nie uświadczysz, żadnej ciekawości nie budzą, żadnej interesującej przemiany nie przechodzą.

Co można wynieść z „Pokotu”? Że nie należy dręczyć zwierząt? Że krzywda im wyrządzona wraca? Wow, co za niesamowite przesłanie.

„Pokot” to film z gatunku tych, których recenzje powstały długo przed premierą i mogę się domyślać, co, kto, i w jakiej redakcji o nim napisze. Recenzje będą skrajne, ale domniemuję, że film wzbudzi emocje głównie wśród krytyków, a widzów pozostawi doskonale obojętnymi.

17.02.2017
piątek

Gorące biurko

17 lutego 2017, piątek,

Zachciało mi się dziś obrony mebla, cudzego zresztą. Kolega dziennikarz wrzucił na swój profil zdjęcie posprzątanego biurka. Nie, nie został zwolniony; usłyszał, że firma przechodzi na system „hot desk”. I że w związku z tym na biurku i w szafce przy biurku nie może być jego rzeczy, bo zarówno biurko jak i szafka przestają być jego biurkiem i jego szafką.

Hot desking, czytam w Wikipedii, to taki system organizacji pracy, w którym pracowników jest więcej niż stanowisk pracy. Przychodzisz do pracy, dowiadujesz się gdzie akurat jest wolne miejsce i pracujesz. Dzięki temu firma może zaoszczędzić na przestrzeni biurowej.

Makabra. A w dziennikarstwie – makabra do kwadratu. Nie chce mi się nawet ironizować, że „hot desk” to krok w dobrą stronę, ale szkoda, że tylko jeden, bo można by jeszcze miedzy dziennikarzami losować tematy, albo przyspieszyć o 50 proc. deadliny. Gorące biurko to idiotyzm podobnego kalibru.

Pamiętam, jak lata temu z niedowierzaniem oglądałem stosy pożółkłych gazet na biurku pewnego dziennikarza gospodarczego „Gazety”. „Stosy” nie są tu żadną przesadą, to były widoczne z kilkunastu metrów góry papieru.

Pamiętam, że moja ulubiona dziennikarka polityczna miała dwa biurka, bo na jednym nie mogły się pomieścić książki, notatki, papiery i Bóg wie co jeszcze.

Pamiętam, jak wybitna publicystka prawna miała kilkanaście metrów półek z segregatorami spraw, komentarzami prawnymi, wycinkami z gazet.

Zastanawiałem się wówczas, jak oni mogą cokolwiek w tym gąszczu znaleźć. Wciąż nie mam pojęcia, jak to robili, ale praktyka świadczyła na ich korzyść. Dziennikarz gospodarczy zawsze odnajdywał gazetę z poszukiwanym artykułem, dziennikarka polityczna bez pudła wskazywała na właściwą książkę, a publicystka prawna znajdowała segregator z interesującą ją sprawą.

Z czasem i ja zacząłem obrastać papierami. Biurko jest nie tylko kawałkiem drewna, na którym stoi komputer. Jest kawałkiem przestrzeni, którą trzeba oswoić i po swojemu ukształtować, tak by pomagało, a nie przeszkadzało w pracy.

Rozglądam się po moim biurku. Piłki antystresowe, figurka Lego, drewniana żaba, puszka po herbacie wypełniona wizytówkami, notesy, zapisane i niezapisane kartki, długopisy, tygodniki lepszego i gorszego sortu, wycinki z gazet, puchar(ek) za turniej tenisowy, kubek, zabawka z jajka niespodzianki. Bałagan, ale mój bałagan, w którym wszystko mogę odnaleźć. Zamach na ten nieporządek byłby, przesadzam tylko trochę, zamachem na moją pamięć.

14.02.2017
wtorek

Jakośtobędzizm

14 lutego 2017, wtorek,

Nie będę dziś oryginalny i zaśpiewam w chórze, bez wielkiej nadziei zresztą, że nawet wiele podobnych głosów cokolwiek zmieni.

Wypadek Beaty Szydło można rozbierać na czynniki pierwsze, badać i ustalać, ile wlezie. Żadne badania nie zmienią jednak faktu podstawowego: limuzyna z panią premier uderzyła w drzewo po próbie wyprzedzania na podwójnej ciągłej.

W Polsce poza konstytucyjną hierarchią źródeł prawa obowiązują dwie normy zwyczajowe i zarazem nadrzędne.

Pierwsza stanowi, że jakoś to będzie.

Druga rozciąga immunitet dla VIPów na prawa fizyki.

Przeraża żywotność obu tych reguł w kraju, gdzie spadają statki powietrzne z premierem, generalicją i prezydentem. Klasa polityczno-urzędnicza nie wyciąga żadnych wniosków z tego, co się wydarzyło. I dzieje się nadal, szczęśliwie bez tak tragicznych skutków. Bo jakoś to będzie.

Proszę wskazać jeden kraj zachodni, gdzie w ciągu roku pęka zużyta opona w prezydenckiej limuzynie, rozpędzony minister obrony taranuje kierowców na czerwonym świetle, a premier ląduje na drzewie, wyprzedzając mimo zakazu.

A był jeszcze przecież listopadowy powrót Szydło z Londynu, gdy do rządowego samolotu wpuszczono zbyt wiele osób i tylko zdecydowana postawa pilota sprawiła, że nadmiarowi pasażerowie w końcu wyszli.

Ale wypadek Szydło pokazuje coś jeszcze; sądzę, że w wielu państwach byłby po prostu nie do pomyślenia. Ważne – dla celów procesowych i politycznych – będzie ustalenie, czy i jakich sygnałów używała kolumna rządowa, jaka była jej prędkość, jaki był odstęp między autami i czy wyprzedzany kierowca seicento włączył lewy kierunkowskaz.

Mnie się po tym nieszczęśliwym zdarzeniu marzy zmiana mentalności klasy miłościwie nam panującej. Pani premier – znów przyłączam się do wielu głosów – wracała z pracy do domu, a nie spieszyła się na szczyt NATO czy kluczowe posiedzenie rządu. Przepisy, które pozwalają łamać kodeks drogowy służą bezpieczeństwu, a nie komfortowi. Mają usprawnić działanie służb – w tym karetek, straży pożarnej, policji – a nie przyspieszyć o kilka minut powrót polityka z pracy do domu.

Mam poza tym wrażenie, że PiS jest świadom ryzyka, które niesie za sobą wypadek Szydło. Dlatego minister Błaszczak w kontekście wypadku gada głupoty o tym, jak się demonstranci 16 grudnia rzucali pod koła polityków PiS; partia rządząca weszła w swoją ulubioną rolę ofiary. Ale coraz trudniej grać ofiarę, gdy się już ponad rok rządzi.

Gdzieś tuż za rogiem czeka mocny przekaz o arogancji władzy, niesprawności służb państwowych, a w odleglejszej perspektywie – nawet osłabienie mitu smoleńskiego. Bo skoro tej władzy słabo idzie przemieszczanie się z punktu A do punktu B, to żadne zamachy nie są potrzebne.

2.02.2017
czwartek

Czy Kaczyński naprawdę wspiera Schetynę?

2 lutego 2017, czwartek,

Są teksty, które budzą we mnie polemistę. Jest tak z najnowszym artykułem okładkowym „Newsweeka”, z którego się dowiaduję, że Jarosław Kaczyński postanowił pomóc Grzegorzowi Schetynie zostać liderem opozycji i dlatego wraz ze wszystkimi prawicowymi mediami powstrzymuje się od ataków na szefa Platformy.

W tekście występują pewne, by tak rzec, mielizny faktograficzne. Schetyna nie wygrał np. wyborów na szefa PO z Ewą Kopacz, bo takich wyborów nie było.

Nie jest też jedynym politykiem PO, który dostał od PiS funkcję przewodniczącego komisji sejmowej, bo takich polityków jest siedmioro.

A jako wytrwały czytelnik mediów prorządowych mogę zaświadczyć, że Schetyna nie jest w nich specjalnie oszczędzany; w czasie kryzysu dostało mu się znacznie mniej niż Ryszardowi Petru czy Mateuszowi Kijowskiemu, ale tak się składa, że to nie szef PO dał się przyłapać w samolocie do Portugalii z partyjną koleżanką, nie wypłynęły też żadne faktury. Ale już wczoraj wierne jak Szarik „Wiadomości” dały pasek „Platforma broni TW Bolka” i puściły archiwalną wypowiedź Schetyny o potrzebie likwidacji IPN.

Sprzeciw budzi jednak przede wszystkim myśl przewodnia w tekście „Newsweeka”, a mianowicie wiara, że życzliwość ze strony Jarosława Kaczyńskiego może pomóc Schetynie w przejmowaniu wyborców zarazem opozycyjnych i nieplatformerskich.

„Skoro Kaczor nie atakuje Scheta, tylko Ryszarda, to może jednak ja postawię na Scheta” – tak miałaby pomyśleć rzesza wyborców Nowoczesnej? Którzy, jak wynika z badań, są bardziej jeszcze antypisowscy niż zwolennicy PO?

Odwrotnie, gdyby Kaczyński chciał pomóc Schetynie, to właśnie jego powinien wziąć na celownik i ogłosić wrogiem nr 1.

Nie zmienia to faktu, że Kaczyński i Schetyna mają teraz pewną wspólnotę interesów. Żaden z nich nie płakałby po Nowoczesnej czy KOD i żaden z nich nie kocha Donalda Tuska. Ale to już trochę inna bajka.

27.01.2017
piątek

Jak to było z Bielanem w MSZ

27 stycznia 2017, piątek,

Czytam w Onecie: „Pytany o artykuł »Utalentowany pan Bielan« w najnowszym numerze tygodnika POLITYKA, w którym Jarosław Gowin wymienia go jako potencjalnego szefa MSZ w którymś rządzie Zjednoczonej Prawicy, Adam Bielan odpowiada: »Nie czytałem jeszcze tego artykułu. Mówiłem autorowi, który zadzwonił do mnie na dwa tygodnie przed publikacją, że nie jest to prawda i prosiłem, żeby nie powielał tej plotki«”.

Adam Bielan – jako wytrawny polityk – z pewnością wie, że nie odpowiedział na pytanie zadane mu przez dziennikarza Onetu. Istotnie, w rozmowie ze mną zaprzeczył krążącej od dłuższego czasu wśród dyplomatów i ważnych urzędników pogłosce, jakoby miał zastąpić jednoosobową fabrykę gaf.

I faktycznie poprosił, żebym o tej plotce nie pisał. I nie napisałem. Jedyną osobą, która w moim tekście łączy Adama Bielana z MSZ jest jego partyjny szef Jarosław Gowin, który mówi o „którymś z przyszłych rządów”.

19.01.2017
czwartek

Serbska maszyna się zacięła

19 stycznia 2017, czwartek,

Od czasu do czasu sprawy istotne odrywają mnie od polityki. Novak Djokovic przegrał z Denisem Istominem – tenisistą znanym koneserom – w drugiej rundzie Australian Open. Kto wie, czy nie jest to jeden z najważniejszych meczów, nie tylko tego roku. Kiedyś już tu powątpiewałem, czy Djokovic może zostać GOAT (największym w historii), dzisiejsza porażka tę wątpliwość potęguje.

Od początku 2015 do połowy 2016 r. Djokovic wygrywał niemal wszystko, w tym pięć z sześciu rozgrywanych w tym czasie turniejów wielkoszlemowych. Jeden jedyny mecz w czerwcu 2015 r. dzielił go od wyczynu nieosiągalnego dla nikogo we współczesnym tenisie, czyli zdobycia Wielkiego Szlema. Był to finał Rolanda Garrosa, w którym Serb odbił się od grającego tenis z kosmosu Wawrinki.

Przez tamto półtora roku Djokovic wygrał 126 meczów, przegrał tylko 9. Zdobył 17 tytułów.

W końcu, gdy w czerwcu 2016 r. pokonał Murraya i wygrał w Paryżu, fani Federera zadrżeli.

Serb wygrał 12 tytuł wielkoszlemowy i na horyzoncie nie było widać konkurenta. Wydawało się kwestią czasu, kiedy 17 tytułów Rogera przestanie być przepustką do miana największego w historii.

A tymczasem Djokovic się zaciął. Trzecia runda Wimbledonu i porażka z Querreyem. Igrzyska – przegrana w pierwszej rundzie z del Potro. US Open – przegrany finał, znów zresztą z Wawrinką. Przegrany półfinał w Szanghaju z Agutem. Ćwierćfinał w Paryżu – z Cilicem. I wreszcie w listopadzie, w meczu o pierwsze miejsce w rankingu – gładka porażka z Murrayem. I teraz ta katastrofa w Melbourne – odpadnięcie w drugiej rundzie z tenisistą spoza pierwszej setki rankingu.

Odbija się teraz moim zdaniem to zeszłoroczne zwycięstwo w Paryżu, zdobycie brakującego tytułu wielkoszlemowego. Djokovic znalazł się wśród największych w historii, co musiało wpłynąć na jego nastawienie do treningu i startów w turniejach. Brakuje pewnie trochę apetytu na zwycięstwa, kusi życie rodzinne, po ludzku się odechciewa. Większy głód zwycięstw i większą determinację widać dziś u Murraya, przez lata na kredyt zaliczanego do „wielkiej czwórki”.

Kryzys Djokovica – który nie przeszkodzi mu pewnie wygrać jeszcze niejednego turnieju – sprawi, że bardzo trudno będzie mu dogonić Federera. W tym roku kończy trzydziestkę i niedługo sam zacznie być nazywany weteranem.

10.01.2017
wtorek

Rząd kręci w sprawie konwencji antyprzemocowej

10 stycznia 2017, wtorek,

Z cytatów biblijnych rząd najbardziej przywiązał się do zalecenia Mateusza: „Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa”. Dowodem niech będzie garść cytatów o konwencji antyprzemocowej.

Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Adam Lipiński, 27 listopada 2016 r., w odpowiedzi na pytanie, czy rząd pracuje nad wypowiedzeniem konwencji: „Nic o tym nie wiem. Kto mógł wydać takie polecenie, jeśli nie ja? Dementuję”.

Minister rodziny Elżbieta Rafalska, 7 grudnia: „Jestem za wypowiedzeniem przez Polskę konwencji antyprzemocowej”.

Lipiński, 8 grudnia: „Nie wiem, czy wypowiemy konwencję, ale na pewno nie zgodzimy się na zewnętrzną kontrolę”.

Rafalska, 8 grudnia, w odpowiedzi na pytanie, czy rząd pracuje nad wypowiedzeniem konwencji: „W rządzie nie są prowadzone takie prace i na rządzie sprawa konwencji nie stawała. Z tego, co mi wiadomo, takie prace u mnie w resorcie nie trwają i rząd nie zlecał chyba takich prac”.

Lipinski w piśmie do rzecznika praw obywatelskich, 23 grudnia: „Do pełnomocnika rządu ds. równego traktowania wpłynął 28 listopada projekt wniosku o wypowiedzenie przedmiotowej Konwencji wraz z uzasadnieniem, rozesłany do uzgodnień międzyresortowych przez Ministerstwo Sprawiedliwości”.

Wzorowa komunikacja wewnętrzna i zewnętrzna oraz nowatorska próba zaprzęgnięcia chaosu w służbę państwu. Chaosu, bo przecież nikt nie śmie podejrzewać najwyższych urzędników Rzeczypospolitej o krętactwo.

Ręce, nie tylko te Mateuszowe, same składają się do oklasków.

2.01.2017
poniedziałek

Petru, mistrz autodestrukcji

2 stycznia 2017, poniedziałek,

Każdemu zdarza się przejęzyczyć, niektórym, jak Ryszardowi Petru, zdarza się nie przejęzyczyć. Takim zapamiętaliśmy go z pierwszego roku bieżącej kadencji, gdy mówił o święcie Sześciu Króli, oznajmiał, że „głowa psuje się od góry”, czy cieszył się, że konstytucja z 3 maja ma się świetnie i wciąż obowiązuje mimo zabiegów PiS.

Liderowi Nowoczesnej mało było jednak tej specyficznej sławy. Nie zakopał swoich autodestrukcyjnych talentów, wręcz przeciwnie, z mocą zabrał się do ich pomnażania, zupełnie jakby strzelanie w stopę było jego postanowieniem noworocznym.

Na Sylwestra poleciał na Maderę w towarzystwie posłanki Joanny Schmidt, a ich zdjęcie z samolotu fruwa po internecie. Wiceszefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer próbowała tłumaczyć, że „to był krótki wyjazd, który miał na celu załatwienie zaplanowanych spraw”, ale wiele to Petru nie mogło pomóc, katastrofa wizerunkowa stała się faktem.

Nie wnikam w życie prywatne lidera (brzmi to coraz bardziej kpiąco) Nowoczesnej. Wydaje mi się jednak, że żonaty polityk aspirujący do przywództwa opozycji, rozpoznawalny przez 85 proc. Polaków (dane CBOS), powinien przewidzieć, że wspólny wypad sylwestrowy z młodą posłanką, zwłaszcza samolotem, może się zakończyć zdjęciem i że to zdjęcie nie będzie dla niego korzystne.

I że szczególnie głupio wygląda to po deklaracji tego samego polityka, że do 11 stycznia posłom opozycji nie wypada wyjeżdżać na wypoczynek, chyba że na dwa dni.

Bo tak się składa, że sytuacja w Polsce jest tak poważna, że opozycja okupuje salę plenarną Sejmu. I nawet jeśli z równania wykreślimy posłankę Schmidt, to byczenie się na Maderze wciąż wygląda śmiesznie, zwłaszcza że przed chwilą opozycja krytykowała prezydenta za to, że w środku kryzysu wybrał się na urlop.

Petru sam jeszcze nie wie, jak bardzo zaszkodził. Nie sobie, całej opozycji.

29.12.2016
czwartek

Mały apel o opamiętanie

29 grudnia 2016, czwartek,

Sejmowy kryzys z obu stron wydobył to, co najgorsze. To jest jakiś sen wariata na kacu.

PiS ani przez moment nie potrafi dziś udawać, że jest partią normalną, wolną od teorii spiskowych, zarządzaną demokratycznie i gotową rozmawiać z opozycją.

Jarosław Kaczyński z całą powagą ogłasza, że opozycja wraz z mediami dokonała próby puczu, a dowodem na to jest zamówienie tysiąca kanapek. To po prostu chore, że w debacie publicznej gości zbitka „szykowali pucz, przecież zamówili jedzenie”, że dziennikarze muszą sprawdzać, kto te kanapki sprowadził i kto je jadł.

Paranoja kanapkowa przysłania odrobinę wariactwo puczowe, a przecież to odlot jeszcze większego kalibru. „Wiadomości” robią wprawdzie co mogą (gdyby Jarosław Kaczyński ogłosił plan przesunięcia Tatr na granicę z Rosją, „Wiadomości” przedstawiłyby harmonogram robót i zbawienny wpływ planu na obronność Rzeczypospolitej), ale nijak nie da się przedstawić protestów opozycji i demonstracji pod Sejmem jako próby zamachu stanu. Przynajmniej w świecie słowników, w których słowo „polec” wciąż nie odnosi się do katastrof lotniczych.

Zawstydzająca była konferencja prasowa z udziałem trzech formalnie najważniejszych osób w państwie – marszałków obu izb i pani premier oraz Kaczyńskiego, któremu rzecznik rządu (nie partii) pierwszemu udzielił głosu. Beata Szydło własną wypowiedź zaczęła od: „jak podkreślił premier Jarosław Kaczyński”.

Dziwaczne były zorganizowane przez prezydenta „mediacje”, na które zaprosił wszystkich partyjnych liderów. Nie dlatego, że zaprosił, bo to był akurat ładny gest (i w dodatku samodzielny), ale to, że te spotkania tak kompletnie nic nie znaczyły i że nawet nikomu w PiS nie chciało się poudawać, że Andrzej Duda coś waży. A skoro nic nie waży, to w spokoju ducha podążył na urlop w góry. Bo cóż innego może zrobić głowa państwa w trakcie puczu?

Niekompatybilność ze swoim stanowiskiem wykazał też Marek Kuchciński, któremu w głowie się nie mieści, że można być marszałkiem Sejmu, a nie marszałkiem PiS-u. Co to za marszałek, któremu puszczają nerwy przy kpiącej nawet wypowiedzi szeregowego posła? Przeniesienie na chybcika obrad do Sali Kolumnowej i chaos temu towarzyszący obciąża indywidualne konto Kuchcińskiego. Ośli upór w sprawie ograniczenia swobody mediów w Sejmie – także.

Swoje dokładają posłowie PiS, masowo dzielący się bardzo nieśmiesznymi żartami w internecie, oskarżający posłów PO o złodziejstwo i grzebanie w torebkach. PiS nie może się zdecydować, czy ma do czynienia ze śmiesznym „ciamajdanem” czy groźnym zamachem stanu. W rezultacie płyną do wyborców sprzeczne komunikaty, w których gubią się nawet internetowe trolle.

Na tym żałosnym tle równie żałośnie prezentuje się opozycja. Bez wyznaczonego celu, bez jasnego pomysłu, bez wyraźnego przywództwa.

Jeśli teraz opozycja sięgnęła po tak ciężkie narzędzia jak okupacja sali sejmowej – to co sobie zostawi na resztę kadencji? Jak PiS uderzy w sędziów? Media prywatne? Jak zapragnie zmienić ordynację?

Platforma i Nowoczesna – przy zerowym wzajemnym zaufaniu swych liderów – wypatrują, co zrobią ci drudzy, by przypadkiem nie wypaść na tych mniej bojowych. PO ma więcej posłów, więc dochodzą jeszcze napięcia wewnętrzne i licytacja na radykalizm.

Posłowie rotacyjnie okupujący salę sejmową wiercą się na swych pluszowych krzyżach, podśpiewują, dowcipkują, robią selfie, słowem – kabotynizm dla zaawansowanych. Kto nie widział śpiewającej Joanny Muchy, nic nie widział. Kto widział, płakał.

Z kolei Ryszard Petru zgłasza wniosek o skrócenie kadencji Sejmu, który, gdyby przeszedł (Nowoczesnej brakuje zaledwie jakichś 270 posłów), skończyłby się jeszcze większą dominacją PiS w przyszłej kadencji. Nikt nie ma złudzeń, że w ciągu dwóch miesięcy Petru i Grzegorz Schetyna dogadaliby się co do programu, miejsc na listach i strategii.

W błahym w sumie sporze (naprawdę w tej kadencji PiS robił dużo gorsze rzeczy) władza i opozycja wytaczają coraz cięższe działa, ale nie umieją ich obsługiwać; pociski wybuchają w rękach kanonierów albo spadają na własne szeregi. Patrzeć hadko. A co gorsza, można się obawiać, że oni się dopiero rozkręcają.

27.12.2016
wtorek

Pucz, kanapki i kodeks karny

27 grudnia 2016, wtorek,

Jarosław Kaczyński został „Człowiekiem Wolności 2016” tygodnika „wSieci” i w tymże tygodniku oskarżył opozycję o próbę puczu. Ja wiem, że obie te informacje brzmią, jakby ktoś w święta pomylił rydze z peyotlem (chyba że chodziło np. o „wolność od Trybunału Konstytucyjnego”), ale przynajmniej do tej drugiej kwestii warto podejść na serio. Zwłaszcza że pucz był starannie zaplanowany; zamachowcy, jak zauważa szef PiS, pomyśleli nawet o aprowizacji, zamawiając do Sejmu kanapki.

Oskarżenie o pucz ze strony najważniejszej osoby w państwie to nie żarty. A sferę tę – puczu, nie hierarchii w państwie – reguluje kodeks karny. Kanapkowi puczyści na moje oko – prawnika niepraktykującego – pogwałcili art. 128: „Kto, w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.
§ 2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w § 1, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 3. Kto przemocą lub groźbą bezprawną wywiera wpływ na czynności urzędowe konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”.

Nie ma się zatem z czego śmiać, samo zamówienie kanapek podlega karze od 3 miesięcy do 5 lat więzienia. Czekam na zdecydowaną interwencję prokuratora generalnego i serię pokazowych procesów. I nic nie szkodzi, że puczystom nie wyszło – usiłowanie jest zagrożone taką samą karą jak dokonanie.

PS Jeśli zaś komuś po odejściu od świątecznego stołu mało było lukru, to polecam omówienie wywiadu z Kaczyńskim na portalu wpolityce.pl. Jest słodko jak w peerelowskiej fabryce wyrobów czekoladopodobnych:

„Będąc w ogniu krytyki rząd PiS nie zamierza się poddawać. Politycy partii rządzącej są skonsolidowani i nieugięci w dążeniu do realizacji planu naprawy Polski. Pomimo przeszkód stawianych przez opozycję, partia rządząca realizuje swoje obietnice wyborcze. Rozmówca braci Karnowskich mówi także o osiągnięciach władzy i korzyściach, jakie jej działania przyniosły dla Polski”.

css.php